Wena (tekst raczej osobisty)
Miałem raz w chwili frustracji ciąg myśli (dla tekstu liczy się ciągowość ciągu, a nie adekwatność do aktualnego na czas czytania przez czytelnika stanu duchowego autora – czy coś w tym stylu), który tak się ciągnął:
Zmagam się bardzo z nie-u-satysfakcjo-nowaniem. Co mnie tak niesatysfakcjonuje? To, że nie poświęcam czasu na to, co ważne dla mnie. Że nie spędzam życia do końca tak, jak bym chciał. To ważne. Istotne wręcz, istotne bardzo. Chcę być dumny z tego, jak spędzam czas. A w tym dniu tego tygodnia – nie jestem. Co chcę robić, co da mi dumę? Czytanie? Świadoma refleksja? Pisanie? Malowanie? Zachwyt?
Czytanie, świadoma refleksja, pisanie, malowanie, zachwyt. To nie jest kompletna ani niezmienna lista, ale jest to jakiś punkt wyjściowy. Teraz pytanie kolejne brzmi – co można robić, żeby to robić? To znaczy, jak wygląda w praktyce takie robienie tego, które będzie satysfakcjonujące?
Jedna odpowiedź mogłaby opisywać rutynę, w której każdego dnia wydzielam pokaźny blok czasu i w tym bloku czasu skupiam się i poświęcam Pracy. Pracy przez wielkie P. Jednakże, nawet jeśli nie docelowo nieosiągalna, to jest to wizja obecnie nierealistyczna. Powodów jest kilka. Sama praca zawodowa zajmuje około ośmiu godzin. Jest to praca przy komputerze, potrzebny jest więc odpoczynek od niej w innej formie, niż kolejna praca mało ruchliwa. Mam rodzinę i chcę spędzać z nią czas. Ten czas nigdy nie będzie w pełni uregulowany – ani to nie jest możliwe, ani nie wydaje się zdrowe. A najprostszy tego powód jest taki, że czas z rodziną uzależniony jest od naszych wspólnych zmiennych potrzeb, pogody, specjalnych wydarzeń okolicznościowych, przyjazdu członków rodziny, wyjazdów do rodziny, wakacji, itd.
Jednakże-jednakże: j a k a ś rutyna nie jest w pełni wykluczona, na co dowodem jest poranne nasze wczesnowstawanie-trening-medytacja. Nie jestem jednak przekonany, czy w poranku jest jeszcze miejsce na dodanie tam kolejnej rzeczy. Ale jest to do rozważenia, bo może dałoby się wpleść w to miejsce choćby czytanie, choćby w krótkiej formie.
Innym miejscem, gdzie mogłaby występować Praca, są rozsiane w ciągu dnia miejsca nieusankcjonowanej przestrzeni czasowej. Mógłbym wieczorem usiąść na dwadzieścia minut. Mógłbym znaleźć nawet, zapewne, dłuższe bloki wolne od pracy (małe pe) przymusowej/każdej innej, pojawiające się nie regularnie, ale raczej często.
Mógłbym. Załóżmy zatem, że mam taki czas teraz, w tym momencie. Mam przed sobą piętnaście wolnych minut. Co robię? Tutaj właśnie coś jest pogrzebane. Musimy to odkopać, by zobaczyć, jak wygląda.
Zazwyczaj w obliczu Pracy zawieszam się mniej więcej w taki sposób, jak w trakcie próby napisania tego akapitu. Granica Pracy i Niepracy to obszar, gdzie rozumowanie nie posuwa się już płynnie korytarzem logiki następujących po sobie wniosków, a wkracza w obszar decydowania. Może nawet Decydowania, znów majuskułą, bo gra idzie tutaj o wybór sposobu ukierunkowania twórczej energii, co, przypuszczam, jest jednym z ważniejszych egzystencjalnych zagadnień.
Mamy więc jednak trop – ustaliliśmy, że wybór tego, jakie konkretnie działanie ma zostać podjęte w ramach Pracy, nie narzuca się z taką oczywistością, jak czyni to urwana rączka od baterii w umywalce. Co za tym idzie…
Co za tym idzie, będzie tutaj zawsze występowała niepewność. Tej niepewności można dać się zatrzymać, ale, jeśli chce się w ogóle posuwać w jakimś kierunku, należy ją zwalczyć. Albo nie tyle zwalczyć, co przezwyciężyć na tyle, by móc działać. I utrzymać ją przy życiu, bo prawdopodobnie właśnie ta niepewność jest żywym Potencjałem sztuki.
Stajemy zatem wobec konkluzji, że Praca wymaga dyscypliny, która pozwoli wysłuchiwać szeptów Weny, niemilknących przecież w trakcie wdrażania w życie jej własnych sugestii, a przy tym kontynuować dzieło, nawet gdy nie jawi się ono już jako najjaśniejsza gwiazda. A dyscyplina to zawieranie kontraktów ze sobą i się z nich wywiązywanie.
Taki wniosek wysnułem i zdałem sobie sprawę, że cały ten wywód, to była pułapka na mnie samego. Wszedłem dobrowolnie do pustelniczej celi, a gdy zamknęły się za mną drzwi, odwróciłem się gwałtownie, pełen zaskoczenia. Z korytarza usłyszałem oddalające się kroki i spokojny głos, który powtarzał: ora et labora, ora et labora. Próbowałem tłumaczyć, że nie jestem leniwy, bo przecież przeszkody w pracy twórczej zawsze były zewnętrznej natury, a ja jestem ofiarą losu, nad którą należy biadać, i tak dalej. Ora et labora, cichło echo w kamiennych korytarzach, ora et labora.
Tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Ora et labora.
Dziękuję za czytanie.
N.
Rozmowa ()
Dziękuję za Twój wkład.