Co to jest Budapeszt

Dotarłem do Budapesztu za pomocą samolotu Boeing 737, konkretnie z serii -800, wyposażonego w charakterystyczne winglety na końcach skrzydeł (nie mylić z bazowanym na 737 samolotem Boeing P-8 Poseidon, wyposażonym w charakterystyczne torpedy, przeciwokrętowe pociski manewrujące Harpoon oraz bomby głębinowe). Po wyciągnięciu z samolotu, zamknięto nas turystów w autobusie Airport Express i przeniesiono w sam środek miasta, i już stamtąd rozpierzchliśmy się na wszystkie strony, jak rybki wpuszczone do akwarium.

(To nie jest tekst o Budapeszcie. Jest on, do pewnego stopnia, o moim przelotnym kontakcie z Budapesztem, ale jednak także nie o tym. Może się okaże, o czym on jest. Dla jasności – Budapesztu nie znam. Byłem tam wcześniej tylko raz i był to kilkudniowy wypad w celach rekreacyjno-krajoznawczych. Odbył się on w roku 2019 i albo nie przyniósł mi podobnych refleksji, co wypad bieżący, albo o nich zapomniałem. (Na ogół zapominam większość tego, co w biegu życia wydaje mi się ważne.))

Silne odczucia, jakich doznałem tym razem, były z pewnością efektem kulminacji kilku znaczących okoliczności. Możemy do nich zaliczyć: moje charakterologiczne predyspozycje, szczyt tak zwanego sezonu turystycznego, trwający festiwal muzyczny, upał.

Wykluczmy na początek z całej tej bajki mnie. Spróbujmy narysować obraz miasta pseudoobiektywny. Po geometrycznych przestrzeniach ulepionych z betonu toczą się kłęby gorącego powietrza. Szyny tramwajów stękają w rozprężeniu. Ludzkie masy spychają się wzajemnie w głębie ulic, w cienie. Panuje hałas. Dźwięki werbalnej komunikacji i komunikacji miejskiej, w tym łoskot nitek metra, falują jak wody Dunaju, ale jeszcze dźwięk syren, i klakson, i taksówkarz wysiada z samochodu, by nawrzeszczeć na innego kierowcę, i klakson, i krzyk, i warkot i Piekło.

Załóżmy, że słońce zsuwa się już ze ścian bloków, a te stygną w mroku, który miasto to wita okrzykiem. Stoję, albo ty stoisz, bo mnie miało tutaj chwilowo nie być, na zielonym moście, na którego poziomych elementach konstrukcyjnych, zawieszonych półtora metra nad ziemią i łukowato wznoszących się w górę, siedzą ludzie, dwójkami, trójkami, solo, dołem granatowa rzeka brnie bezwględnie naprzód, po jej grzbiecie łażą w tę i z powrotem rozświetlone statki, ludzie piją i śmieją się, środkiem mostu jedzie tramwaj. Podchodzisz do balustrady i wychylasz się nieznacznie. Właśnie wtedy wyłania się z czerni w dole duża łódź, na której dachu trwa impreza z DJem. Bawiący się machają, piesi wywrzaskują z mostu przeciągniętą głoskę u. Wracasz do hotelu, a może do swojego domu, bo może jesteś tubylcem. Nie, przestańmy udawać, to ja tam jestem, ja przeżywam to przedziwne oderwanie i złączenie z czymś innym, co jest stare jak cywilizacja. Wracam do hotelu, mijam kluby nocne, mijam mężczyznę i kobietę, pogrążonych w ochydnej kłótni pod zaśmieconą kamienicą, plujących na siebie wyzwiskami, mijam mężczyznę, który stara się opchnąć przechodniom narkotyki, pomijając uprzejmie nas, bo nie jestem tam sam, tylko z żoną i synem.

Oddam zresztą na chwilę głos Dominice, a sam zaczerpnę tchu (poniższy tekst, Dominika opublikowała niedawno w swoim newsletterze):

Trudno oddać nędzę, jaka rysuje się w tym współczesnym Babilonie. Rozmach, przepych, świetność. A pod tym wszystkim brud, śmieci, zapach, który chce się zapomnieć. Widoki ubóstwa i upodlenia graniczącego ze skrajem wyobraźni, a obok hotele, kawiarnie sypiące na piankę cappuccino złoto. Świeci słońce. Platany rosną w tym cieple jak szalone, monstery na klatkach schodowych osiągają monstrualne rozmiary. Cienie drzew tworzą zakątki pomiędzy uliczkami. A na tych uliczkach przebogate kamienice o zdobieniach znacznie wykraczających poza wszystko, co widziałam. Kariatydy, płaskorzeźby kobiet, roślinne ornamenty, a pod tym chodnik ozdobiony szkłem ze zdewastowanego lokalu.

Jak oddać ambiwalencję tego miejsca? Złote światła na wieczornej wodzie, ciepłe, miękkie zarysy szlachetnych budynków. Ciemność, bose brudne stopy, ręce przeszukujące śmietniki.

Plac zabaw dla dzieci jest ogromny, hałaśliwy, niezwykły. A ja szukam ciszy, cienia, drzew. Nie słychać ptaków, choć nie słyszę już śmiechów dzieci. Szum kołysze tym upalnym sierpniowym powietrzem, ale to szum ulicy. Ledwie wydobywam z krajobrazu dźwięków miasta gruchanie gołębia obok. Sygnał zamykanych drzwi w trolejbusie, chrzęst żwiru pod butami przechodnia. Gdzieś tam, za granicą zieleni rozpala się już miejski beton. Gdzieś tam rozpoczyna się kolejny dzień chaosu, hałasu, sprzedaży starego świata zabudowanego marmurem na biedzie.

Perły śpią w muzeach, klimatyzowane pomieszczenia wymuskane kolorami toną w pięknie. Piętro za piętrem, schody za schodami.

Makowe lody, platany, jednokolorowe środki komunikacji miejskiej, trasy wyznaczone kranikami z wodą pitną. Przelewa się w tym mieście suszy, deprawacji. Przelewa się turystami, bogactwem, dziełami sztuki.

Piętra biblioteki Ervina Szabó kołyszą ciszę schowaną przed tym głośnym miastem. I toczy się to wszystko, zmierza w jakimś kierunku, a ja szukam już tylko w głowie tych spokojniejszych, ludzkich ulic. Zieleni nie spalonej upałem, bluszczu oplatajacego stare budynki w zaciszu jakiejś niewiarygodnie spokojnej ulicy.

Jakie marzenia śnią ludzie, którzy tu żyją?

Budapeszt, który widziałem, to miasto ze Studia Ghibli. Zamieszkują je tylko duchy, a podzielone są one na dwie kategorie. Pierwsza, to duchy rozradowane, duchy w wiecznej zabawie. Drugie – w wiecznej niedoli. Ważną cechą duchów obu kategorii jest to, że są wzajemnie ślepe na swoje istnienie. Egzystują w tej samej przestrzeni, ale tworzą zbiory zupełnie rozłączne. Może bo tak chcą, może bo inaczej nie mogą. Przestrzeni tej nie zamieszkuje nikt żywy. Jest pusta i martwa.

Ale czy to, co widziałem, to Budapeszt? Nie, to dwa spośród oblicz człowieczeństwa. To zachwianie wiary w człowieczeństwo, pod wpływem zestawienia tych oblicz obok siebie, wyolbrzymionych do groteskowych rozmiarów. To poczucie zbrukania. Instynkt wyciągnięcia ręki, wystawionej w kierunku nieba, by sprawdzić, czy spadają już pierwsze krople nieuniknionego potopu. Przerosło mnie to monstrualne miasto, jego niestosowność i nieczułość. Zniechęciłem się. Zbrzydły mi kawiarnie, a niektórzy wiedzą, jak ja lubię kawiarnie. Tutaj moje przekonanie, że ludzie to refleksyjne istoty, zostało wyśmiane wielkiem śmiechem świata, którego głębia wysycha. Zapragnąłem pisać apokaliptyczne teksty, romantyzujące życie w naturze, z nożem w dłoni i menażką u pasa. Na ogół niełatwo jest we mnie wzbudzić tak biblijną odrazę.

Ach, Budapeszcie. Na pewno jeszcze się spotkamy.


Tyle ode mnie na dziś.

Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

Piękny jest nawet Budapeszt.

Dziękuję za czytanie.

N.

    Dołącz do rozmowy