Wchodzi 3
Wchodzi Jan Kastor. Gdy tylko owiewa go powietrze, pozostające dotąd zamknięte za drzwiami, czuje, że w jakiś sposób się omylił. Powietrze pachnie farbą, a wnętrze wyłożone jest folią malarską. Na środku pomieszczenia, na dwóch ustawionych naprzeciw siebie krzesłach, siedzi dwóch starych mężczyzn. Obaj celują do siebie z pistoletów.
Staruszkowie spoglądają na Jana, on na nich. Zapada konsternacja.
– Jestem skonsternowany – mówi jeden z nich.
Drugi trze zębami o siebie tak głośno, że Jan to słyszy. Szczeniak, którego Jan trzyma przy piersi, zaczyna szczekać.
– Daję ci pięć sekund – odzywa się ten staruszek, który dotąd tylko zgrzytał – żeby zabrać tego psa oraz swoją dupę precz.
– Zgadzam się z przedmówcą – mówi drugi.
Jan mówi, że i jemu to rozwiązanie pasuje. Cofa się do drzwi, uchyla je i wtedy słyszy zniekształcony lecz zrozumiały krzyk, dobiegający z niewidocznych głębi lokalu, brzmiący:
– Pomocy!
Jest to kobiecy głos. Jan zamiera. Nagle w scenę groteskową, z której mógł się wycofać bez większych skrupułów, wkrada się moralna wątpliwość. Wątpia Jana, a wątpia są słowem, które Jan zna, wróżą kłopoty. A on, mimo że kusi go lipcowe ciepło, napływające zza drzwi, pcha klamkę z powrotem i odwraca się. Słyszy, że mężczyźni warczą jak dwa rottweilery i widzi, jak wsparte dotąd o uda dwie dłonie dzierżące identyczne pistolety marki Carl Walther, kierują się w jego stronę. Jan nie wie, jakiej marki są pistolety, bo jest weterynarzem, co prawda niezłym, ale nie odróżniłby Walthera od pistoletu-zabawki, nawet gdyby ten miał lufę zakończoną plastikową pomarańczową końcówką. (Pistolety staruszków nie mają takich końcówek.)
Siedmiotygodniowy Jack Russell Terrier w ramionach Jana ujada jak postrzelony. Po ciepłej sierści rozchodzą się wibracje, które Jan czuje na swojej piersi, bo przyciska do niej psa całkiem mocno i, gdy tak go trzyma, myśli że, jeśli chciał zrobić coś pożytecznego, to mógł po prostu wyjść na chodnik i zadzwonić po policję, a zamiast tego został tutaj, i może naraża życie, czy coś, a może tylko ryzykuje śmieszność, bo, kto wie, może staruszkowie są częścią jakiejś inscenizacji, czy próby do filmu, czy jak to nazwać, i gdy ta myśli przychodzi mu do głowy, mówi:
– Wybaczą panowie, że się tak wtrącam w nie swoje, ale usłyszałem czyjś krzyk i sumienie nakazuje mi zapytać… – nie kończy, bo Jack Russell Terrier gryzie go małymi mlecznymi ząbkami w kciuk tuż przy paznokciu, co trochę boli, Jan otwiera więc dłoń, a szczeniak wyślizguje się na podłogę i biegnie w kierunku krzesła, na którym siedzi jeden z mężczyzn.
Mężczyzna kieruje wylot lufy swojego pistoletu w dół, a Jan słyszy obłąkańczo głośny huk…
Tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Miej śmiały plan.
Dziękuję za czytanie.
N.