te same miejsca

Gdy wychodziłem z domu, byłem spokojny. Teraz czytam jednak z nieba kłopoty. Niebo jest śliskie i błyszczące jak szkliwiony gres. Jak podłoga biurowego korytarza, w której odbija się światło, tyle że to prze-bija się światło, przez chmury, przez gres, przez pierwsze tej wiosny liście, i tworzy na chodniku rozmazane plamy. Japończycy mówią na to komorebi, a ja nie wiem, jak na to mówię, ale choć jest ni szaro, ni jasno, to jest ciepło i jest miło, i świergocą wróble.

Idę wzdłuż żywopłotu. O moje uda obijają się paski plecaka. Wróble ćwierkają i jest to świetne, a wprawne oko zauważy, że są to wróble mazurki, chociaż nie, chwileczkę – to nie zwykłe mazurki. Zatrzymuję się i wpuszczam wzrok w żywopłot i orientuję się, że, psia krew, oczywiście, są to mazurki ironii.

Natychmiast ruszam żwawo dalej chodnikiem, w nadziei że nie zwrócą na mnie uwagi. Ale za późno. Mazurki podrywają się z żywopłotu i niewielką, lecz hałaśliwą chmarą ciągną za mną. Oglądam się i próbuję iść szybciej, one lecą szybciej także. Przefruwają z krzaka na krzak, z drzewka na drzewko, furkocząc jak szarańcza. Są bliżej i są dalej. Zbite ciasno penetrują przestrzeń, okrążają mnie, szeleszczą po bukszpanach, łomoczą po malowanych świeżo płotach, później brudne od farby wpadają w ściany bloków. Strącają małpki ze skrzynek rozdzielczych i płatki z kwiatów. A najgorsze jest to, że szydzą.

Cały czas słyszę ich śmiech i docinki. Nie przeszkadza ci (pytają na przykład), że magnolie szybciej gubią kwiaty, niż ty znajdujesz na nie słowa? Zaciskam zęby i nie patrzę wcale na białą magnolię, którą mijam, a która wiem, że zdążyła już zbrązowieć. Idźcie precz, mazurki ironii (myślę), szkodniki bezduszne, nie będę was słuchał! I nie dam wam się nękać. Zwinnym manewrem, coś jak Szalony Iwan, skręcam nagle do przybytku typu klubokawiarnia. Zamawiam kawę i drożdżówkę z gruszką, a mazurki całą hurmą z łomotem wpadają w szybę. Po chwili oszołomienia, przysiadają za nią i patrzą, co robię.

A ja moszczę się spokojnie w fotelu uszaku, udając, że nie zwracam na nie uwagi. Wyciągam nawet notes i notuję – nieważne co. Gram na czas. Drożdżówka jest chrupiąca i pulchna, kawa gorzka. Robię spokojne gryzy i przeciągłe łyki. Wydaje się to działać, bo mazurki powoli nudzą się, ich miny i szeregi rzedną. Ale wtedy popełniam błąd. Kuszony łakomstwem, zamawiam jeszcze kawałek ciasta typu Bounty, którego nie jestem w stanie dojeść. Z mdłością patrzę, jak radośnie tańczą za oknem te małe bestie, jak zlatuje się ich więcej i więcej. Nie mogąc słuchać stukotu ich dziobów, wybiegam na zewnątrz.

Z kapturem naciągniętym aż na twarz, robię kroki długie, jakbym próbował zmierzyć odległość stąd do domu w metrach. Próbuję nie dać się sprowokować, ale gdy znów słyszę wśród rechotu coś o obżarstwie, jest to dla mnie za wiele. Zatrzymuję się i odwracam. Ptasia chmura zawisa przede mną, zbita z tropu.

No co, pytam, co was tak cieszy?! Że się nie wyspałem, że się zmęczyłem, że osiem godzin lustrowałem taflę monitora i moje oczy ledwie rozpoznają świat? Że czuję i się borykam?! Tak krzyczę, a one niby milczą, ale nie ufam im, bo jestem przekonany, że zaraz wybuchną śmiechem. Obserwujemy się jednak tylko ostrożnie, a ja zaczynam iść, i w takim się wzajemnie obserwowaniu docieramy do domu.

Nazajutrz rano wyglądam przez okno. Na mirabelce zieleń wypycha biel. Białe płatki lecą na wietrze i jakoś smutno od tego w sercu, bo serce leci z nimi, a one płyną tak radośnie, jakby się uwalniały z więzienia, w którego murach ktoś zrobił wyłom, i biegną w euforii, wszystkie razem, a zarazem każdy ratując tylko siebie. Wśród nich bawią się sikorki i kosy. Ale ani śladu mazurków.


To tyle ode mnie na dziś.

Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

Niech mazurki ironii będą dla ciebie łagodne.

Dziękuję za czytanie.

N.