Sześć miejsc na K
W jeden tydzień przewlekłem nić swojego życia przez sześć miejsc na K. Tak wyszło. Znajdywałem się w nich i znajdywałem w miejsca. Katowice przywitały mnie chłodnym powietrzem koloru indygo i pełnym księżycem. Pod nim, w milszej niż przeciętnie księgarni, szukałem poezji Sebyły, z którą wcześniej zetknąłem się za sprawą tomiku, wypożyczonego z biblioteki przez moją narzeczoną. Szczurołap pana Sebyły tak pięknie i konstruktywnie skarży się na funkcjonowanie świata, że w kilka stron zdobył nasze serca. Nie znalazłem jednak niczego tego autora w księgarni. Chwyciłem za to mały album z reprodukcjami obrazów Fałata i wyszedłem, by słuchać dudnienia tramwajów i skrzypienia księżyca. Z czystego kaprysu pojechałem w górę przeszkloną windą. Obserwując malejących ludzi na placu pode mną, wyobraziłem sobie, że oto odbywam spontaniczny lot w kosmos. Drzwi windy otwarły się na lokal restauracji, którą nie byłem zainteresowany, pomknąłem więc w dół. Wraz z Fałatem zasiadłem na ławce przed kościołem i wertowałem jego akwarele.
Perypetie i potrzeby zagnały mnie następnie między ujaskinione świętokrzyskie zbocza. Z niska i z wysoka przyglądałem się Kielcom. Świeciło wiosną, z hukiem odpadał śnieg od wielkiej skały. Dalej w Św. Katarzynie płoszyłem bażanty, przemaczałem buty na ośnieżonych szlakach, siadałem z dala od nich w zielonej jak butelka Heinekena gęstwie, siadałem nad brzegiem strumienia, a strumień łamał się, sunął pod cienką taflą lodu, zawieszoną jakby w powietrzu, kształtował maleńkie kolumny i wąwozy. Dookoła wzrastał ze świeżą nadzieją mech.
Przegoniony znów wiatrem ze wschodu na zachód, w Kaliszu, w sklepie z używanymi przedmiotami z Niemiec, poniosłem porażkę, próbując nabyć używany kubek z nadrukowaną żyrafą. Kubek kosztował złoty pięćdziesiąt, ja w kieszeni miałem sto złotych w jednym banknocie. Zabrakło mi czasu na rozmienianie i tak, nie mając kubka, zawędrowałem do wielkopolskiej Kobylnicy – drugi raz zresztą, od poprzedniego weekendu. Tam, z filiżanką kawy w ręku, doglądałem hodowli jemioły i procesów formowania się kałuż na odrolnionych nieużytkach.
Wracając na Śląsk, dorzuciłem do k-olekcji jeszcze Kępno (a także Jarocin, ale pominę go, bo to nie j-olekcja), gdzie zmęczony i zziębnięty odczułem przecieploną pizzerię jako miejsce najmilsze w świecie.
Plotę w głowie projekty i myśli, ale w spokojnym tempie. Przez most mojego czasu i tak już przeprawia się z trudem dość ciężka ciężarówka (mam na myśli, że to jak w tym filmie Cena strachu), wzbudzając tym niepokój. Ale sam to sobie wymyśliłem, że czas w ogóle istnieje, więc nie ma co się żalić. Przemyślę go w coś innego, czym owinę się jak wełnianym kocem.
To tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Niech twoje kałuże nabierają dobrych kształtów, odbijają dobrą drogę.
Dziękuję za czytanie.
N.