środa, 1 października 2025
Upadły pierwsze krople krwi w zielone fale dzikiego wina, przewalające się przez beton muru. Po zadymionym, rozświetlonym niebie migrują na wpół rozpuszczone płaty chmur. Przybywają na te błękitne łąki jesień w jesień, by do szarości zeżreć, do ostatniego źdźbła, murawę wybujałych żywych barw.
Siadam na ławce w sadzie i wyciągam dłoń po jabłko. Po żółtozielonej skórce to milczą, to pełzną w dół krople wody. Myślę, czy też przeczuwam, że chciałbym zebrać oblepiającą wszystko jesienność, zeskrobać ją ze zziębniętych liści, zdrapać z ciemniejących ścian domów. I nanieść na jakieś płótno, kartkę, pamięć, cokolwiek. To całe melancholijne piękno, to smakowanie przemijania i przeżywania, podrzucanie w dłoni jabłka, upuszczanie go, niebezpieczne spoglądanie za nim w dół, gdy spada w łączą wszystko przepaść. W tę samą przepaść zrzucam ławkę, na której siedzę, a której już teraz brakuje dwóch szczebli, tym łatwiej jest mi więc wyobrazić sobie Niepewność.
Chodzi też o zrozumienie, że to, co się z aury wywrześnia jako smutek, to nie jest smutek, a jeśli już, to smutek dopełniający, bez którego przecież żadne szczęście, to nie byłoby szczęście, a jeśli już, to śmiech w pustej sali, odbijający się od ścian echem.
Stoi na moim biurku ceramiczny, jesienny krasnal. Trzyma w jednej dłoni dynię, w drugiej bukiet słoneczników. Ma on brązową czapkę, naciągniętą po sam nos, po której wije się gałązka z dębowymi liśćmi i żołędziami, a za to tuż pod czapką zaczyna się monstrualna biała broda, sięgająca aż do ziemi. Spomiędzy brody i czapki wystaje uroczo zaróżowiony, okrągły nos. I w kształcie tej czapki i gałązki, i wyważeniu słoneczników i dyni, i w tym, jak wije się i płynie szara biel brody, jest taki artyzm, że bez najmniejszego wstydu patrzę na tego bożka jesieni z równym uznaniem, co na oliwne drzewa, gnące się w vangoghowskich gajach. A kosztował cztery dziewiećdziesiąt.
Niech z dziecięcą radością wydarza się dziejba tej jesieni.
Dziękuję za czytanie.
N.