Siadam na balkonie i mówię do siebie tak
Siadam na balkonie i mówię do siebie tak: jeśli nie zapłaczesz nad tą chwilą, to co z ciebie za człowiek? Ale chodzi o co, odpowiadam, o to dzikie wino, co na betonowym murze ma kolory limonki, gruszki, awokado i buraka? Nie przekonuje mnie to, mówię dalej. Nie przekonuje mnie stara ławka, zielona, ale tak nasiąknięta niebem, że niemal błękitna, przysypana liśćmi jabłoni i wybrakowana, na której rozłożyło się, jak polujący tutaj czarny, nieśmiały kocur, słońce i przeciąga grzbiet. Sikory zdają się mieć tę samą energię w październiku, czerwcu i styczniu – zmienia im się jedynie głos. Sypie się piasek liści przez klepsydry drzew. Każdy podmuch wiatru ma dla nich swoją cenę. Przezroczyścieją konary orzecha, starzeje w oczach grusza.
Mam przed sobą paletę gatunków, co jest, tak, przyznaję, błogosławieństwem. Gdybym tylko umiał je wszystkie rozpoznawać w lot, jak rozpoznaje się sosnę. Rozpoznaję ciepło, bo znam je dobrze, znam jak wpada przez chmury i zabiera je ze sobą, ściągając między klony a topole, między chude modrzewie a wielkie lipy, nawijając ich przędzę na owoce jarzębiny. Może dotknę, myślę, liści mięty, hodowanej w doniczce, zawieszonej na balustradzie, i dotykam, a ona pachnie mocno. Zaciągam się tym zapachem głęboko, tak że wypełnia mnie on od przepony po szczyty płuc. Chodźcie – mówię do mięty, tymianku i lawendy – pora do domu, pora wam się schronić, bo idzie zima.
Nie mogę oderwać spojrzenia i siebie od falowania świata, nagrzanego z nie tak już wysoka. Rozkładam ręce i unoszę się w tym falowaniu, myśląc że to najpiękniejszy dzień lata, nawet jeśli przyszedł jesienią. Dla mnie to nieważne, może on nie być nawet dniem tego lata ani tej jesieni, może to jest dzień wyjęty z jakichś przyszłych lat, z jakiejś wiosny, o której dopiero śnię. Takiej wiosny zasiadam w ogrodzie na rybackim krześle, cichy i beztroski, i wdycham, wdycham jej powietrze.
Co cię przekonuje, by wzdychać?
Rozmowa ()
Dziękuję za Twój wkład.