Przez otwarte okno wpada puchaty egzystencjał.

Przez otwarte okno wpada puchaty egzystencjał. Idzie powoli topolowy zeppelin przez rześkie powietrze, nawiedza moje pole widzenia i przesuwa się przed ekranem monitora, a ja próbuję łapać go jak komara. Obraca się i umyka. Rankiem stałem w mgławicy nasion na parkingu przedszkola i tak samo one były półświadome tego, że są, i nie dały się łapać. Wyciągnąłem telefon i zacząłem nagrywać, a kilka kroków za mną inny rodzic wyszedł z przedszkola i mówi, że ha!, aż zrobi zdjęcie, na co ja mówię, że ha-ha, robię to samo.

Dalej egzystencjał zniża lot i odbija w kierunku środka pokoju, jakby ściągany grawitacyjną anomalią. Tam opada na stertę rzeczy, w których posiadaniu jestem. Ta sterta jest pomnikiem osobliwego charakteru chaosu. Osobliwy charakter chaosu objawia się w tym, że na stercie leżą dziesiątki rzeczy, które wyciągnąłem na środek pokoju z różnych jego kątów, aby te kąty uporządkować, i te wyciągnięte rzeczy (wymienię kilka: osłonki na doniczki, torby na prezenty, skrzynki z narzędziami, wiertarka, pudełka z przewodami, plecak, statyw, palik kokosowy, antyramy, rękawiczki, taśma, whisky, wino, śpiew i taniec), no więc rzeczy te leżą w zupełnie klasycznym chaosie, leżą jednak w prostokątnym polu, którego brzegi nakreśliłem, rozklejając na podłodze cztery kawałki taśmy malarskiej. Obramowany w ten prosty, symboliczny sposób chaos jest jakby spętany magicznym zaklęciem. Pozostaje chaosem, ale jest już też porządkiem.

Porządkowanie i systematyzowanie, ogólnie szukanie w wielości podobieństw i zbliżanie ich do siebie (czy to poprzez fizyczne ich przemieszczenie, czy przez iluzję przemieszczania ku sobie, czyli nazywanie jedną nazwą) kusi niektórych obietnicą spokoju, a może zaspokojenia. Niektórych, czyli takich jak ja. Lubi nam się wydawać (to moja autorska konstrukcja gramatyczna), że więcej porządku, to więcej szczęścia. Co ciekawe, czasami tak jest rzeczywiście.

Istnieje system organizowania notatek, nazywany zettelkasten. Korzystał z niego między innymi niemiecki naukowiec o nazwisku Niklas Luhmann. Żył on na tyle późno, że mamy szczęście móc oglądać sfilmowane z nim wywiady. W jednym z takich wywiadów kamera wścibsko obwąchuje wszystkie zakątki biura, w którym Luhmann pracował. Biuro to, i żyjące w nim: jeden system zettelkasten i jeden socjolog w okularach, są także pomnikiem osobliwego charakteru chaosu.

W Muzeum Diecezjalnym w Sandomierzu przechowywane są „księgi drzewne” – skrupulatnie wykonane, piękne małe dzieła, które zawierają artefakty, dotyczące poszczególnych gatunków drzew. W szczególności zawierają one „ułożone na mchu: korę, drzewo w przekroju, drzewo heblowane i politurowane, gałązki, liść, kwiat, owoc, wiórki, trociny, węgiel, popiół i krótki opis”. Jedną z przyświecających życiu ich autora gwiazd sensu, musiała być systematyzacja. Jestem przekonany, że w jego biurze chrupały pod stopami zniesione z lasu skorupki ptasich jaj.


To tyle ode mnie na dziś.

Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

Wmieszaj swoje marzenia w puch topolowych nasion, niech niesie je wiatr.

Dziękuję za czytanie.

N.