niedziela, 5 października 2025

Błądząc po ulicy, na której spodziewałem się znaleźć gabinet lekarza specjalisty od rąk, zrobiłem w pewnym momencie zwrot tak gwałtowny, że poskutkował on utrudniającym chodzenie bólem w kręgosłupie. Rozbawiło mnie bardzo, że problem, z którym udawałem się do chirurga ręki, nagle stał się relatywnie mniej palący.

Kołysząc się jak żyrafa, dotarłem na miejsce.

W poczekalni grało radio. Po kilkunastu minutach tam siedzenia zacząłem nabierać poważnych podejrzeń, że cała ta sprawa z kręgosłupem, była to w istocie wroga prowokacja. Wzburzony, opuściłem natychmiast poczekalnię i wybiegłem na ulicę.

Zacząłem szukać fragmentu chodnika, przechodząc nad którym doznałem wcześniej kontuzji. Patrzyłem uważnie pod nogi, przemieszczałem się gołębimi kroczkami, cofałem, drapałem po karku, aż w końcu – jest!

Znalazłem miejsce, w którym kostkatura bruku była wyraźnie zaburzona.

Klęknąłem i przystawiłem nos do twardej nawierzchni. Wokół mnie i nade mną szurały nogawki spodni przechodniów, a ja mogłem już wskazać konkretne pojedyncze kostki, które, w odróżnieniu od pozostałych, nie zostały wyprodukowane z surowca tutejszego, a z piasku o zupełnie innym składzie chemicznym. Piasku, jaki znaleźć można jedynie na terenie cudzego, wrogiego terytorium.

Było dla mnie oczywiste, że podmiany tej dokonano świadomie. Organizm Polaka, przyzwyczajony do określonej twardości kostki, jej szorstkości i ciepłoprzewodności, wstępując bez ostrzeżenia na kostkę z piasku wrogiego, wstępuje jakby na minę.

Dało mi to do myślenia – jak daleko sięgają macki zła?

Wydawało by się, że zostałem przecież przyzwyczajony i przeszkolony na wszystkich możliwych polach, na których wymagana jest moja uważność. Znam kształt świata i mniej więcej pojmuję jego rozmiar. Wiem, jak to jest zoomować animowaną kulę ziemską tak długo, aż widoczna stanie się moja ulica i mój samochód. Wiem, co to jest państwo i naród, trochę mniej wiem, co to znaczy narodowy i państwowy, znam nawet takie słowa jak ojczyzna i patriotyzm. Wiem, jak wygląda podział polityczny poszczególnych regionów, słyszałem coś o panregionach, mam nawet w tych względach swoje sympatie i opinie. Wiem, kto mi zagraża, a kto jest mi przyjacielem, wiem kto dzierży władzę i decyduje o tym, że jest tak, jak jest, a także rozumiem swój wpływ na to. Mam nawet mętną świadomość działań, podejmowanych przez globalne korporacje, które to działania jednak wyobrażam sobie raczej niewinnie, i, oczywiście, mógłbym wydusić z siebie słowo czy dwa krytyki na temat technokracji i plutokracji.

To, co wiem, wydało mi się jednak nagle… wątpliwe.

Nie przez jakąś konkretną poddaną mi myśl, a przez ciąg myślo-uczuć, odbitych jakby od dziesiątek luster, przenoszących fragment światła głębiej i głębiej we mnie.

Czy aby na pewno to, co rozumiem, to obraz rzeczywistego świata, czy tylko podana mi nie wiedzieć przez kogo mapa, w którą od dziecka wlepiałem wzrok? Czy ta mapa od-twarza rzeczywistość, czy ją na bieżąco stwarza i poprawia? Czy moje miejsce w świecie zostało na tej mapie o-znaczone, czy też, o zgrozo, mi wy-znaczone?

Gdy wróciłem do domu, był nadal poranek. Wszedłem bramą, a nie furtką, czyli przez ogród.

A tam, rozgrywała się scenka zimowa.

Trawy i zmieszane z nimi w kotle sadu zarośla zamarły, omiecione wejrzeniem nienadeszłych jeszcze pór prawdziwie zimnych. Zesztywniały i zjeżyły się kryształowym mchem. Dopiero południowe słońce w pełni roztopi ich strach. Obserwuję przebieg jesieni jak milczące starcie dwóch armii, które, splątane w niemożliwym do uniknięcia konflikcie, toczą walkę nie o zwycięstwo, a o piękno boju. Dziś widzę, że na tle szturmujących z wiatrem topoli, czerwoną kępą eksplodowała jednostka jarzębiny, obrzucając wszystko wokół ciepłymi refleksami. Stojąc na balkonie, przyjrzałem się im przez lornetkę, aby lepiej ocenić zasięg zniszczeń. Chwilka, pomyślałem, którędy, na teren moich błogich obserwacji zmian w naturze, wdarł się ten język rodem z biuletynu wojennego? Ah, tak, racja. Oberwałem dziś odłamkiem prawdy, wystrzelonej przez środki masowego przekazu.

A jesień, swoją drogą, pięknieje nam w oczach. Spadające jabłka chwytaj w dłonie jak spadające chwile. Pamiętasz jeszcze ten duszący zapach opadłych mirabelek?


Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może on się spodobać – nie obiecuj mu jednak, że będzie go otrzymywał regularnie.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki🍂!

Do kolejnego starcia ducha radości z duchem smutku.

Dziękuję za czytanie.

N.