Liście klonu węszą na wietrze jak małe pieski

Liście klonu węszą na wietrze jak małe pieski. Liście klonu, wywinięte dmącym jakby od dołu podmuchem, są przez chwilę wszystkie bladozielone. Wszystkie myśli, żyjące światłem po gałęziach umysłu, albo: uchwyćmy ten klon za pień dwoma palcami i ukręćmy go jak borowika (myśl o borowikach, podniesiona na dusznym początku lata, przyprawia o mdłości). Obejrzyj dokładnie zebrane drzewo – widzisz, jak w górę pnia pną się myśli jeszcze nie pomyślane? Oto jedna osiąga koronę i przepoczwarza się. I myślisz, że gipsówki pachną jak miód gryczany. Druga – och, druga stawia nieostrożny krok i spada, i nie osiągnie nigdy siebie. Tak głowa moja toczy się z głuchym dudnieniem jak kula do kręgli, aż widzę, że kelner spogląda na mnie nerwowo, a ja nie wiem, o co może mu chodzić, więc dalej sączę lemoniadę. Został mi w szklance, co prawda, sam już niemal lód, tak że siorbię słomką głośniej niż odkurzacz z Teletubisiów. Kelner zaczyna błąkać się po kawiarni. Czuję jego spojrzenie na plecach, czuję że zatacza coraz ciaśniejsze kręgi wokół mojego stolika. W końcu potyka się o krzesło, na którym siedzę, i przeprasza mnie, ale nasze spojrzenia wchodzą w kontakt, który się przeciąga.

– Tak? – pytam.

– Nic takiego, po prostu… wydawało mi się, że siedzi pan przy tym stoliku już dość długo, a zamówił pan jedynie… – trochę drżą mu palce, gdy udaje, że szuka czegoś w notatniku, choć dobrze wie, że zamówiłem jedynie…

– Lemoniadę – mówię. – Czy jest jakiś limit czasu, jaki otrzymuję przy zakupie jednej lemoniady?

– Tak, widzi pan, przyjmuje się, że stolikogodzina, to znaczy, w centrum miasta…

– Stolikogodzina? – zdumiewam się, a on tłumaczy mi, że tak, że w centrum miasta, to około trzydziestu złotych, i że nie jest to oczywiście żadne przestępstwo, siedzieć dłużej, ale że pewna przyzwoitość, i tak dalej.

Kiedyś stworzę taki system zarządzania własnym czasem, który odpowie na każdą moją potrzebę, zanim ta potrzeba jeszcze objawi się przykrym mentalnym fenomenem. System ten będzie wymierzał mi precyzyjne dawki czasu z rodziną i czasu samotności, treningu i odpoczynku, zaznawania sztuki, tworzenia sztuki, jedzenia zdrowo, dogadzania sobie, pracy na chleb, refleksji nad misją, i wielu innych ważnych życiowych elementów, a ja zawisnę błogo w tym equilibrium, jak ćma w pajęczynie. Póki co – wychodzę obrażony z kawiarni.


Tyle ode mnie na dziś.

Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

A co nie wzejdzie - to będzie nauczką.

Dziękuję za czytanie.

N.