leżeć pod gołym niebem

Przydarzyło mi się ostatnio trzy razy leżeć pod gołym niebem. Pierwszy raz było to w Górach Świętokrzyskich. Spędziłem pośród tamtejszych lasów kilka samotnych dni. Przemierzałem ścieżki i bezścieża, z rosnącym niepokojem szukając spokoju. Przekraczałem milczące cieki, a pode mną uginały się spróchniałe kładki. Wchodziłem w gęste, ciemne bory. Maszerowałem śladem ciężkiego sprzętu, prowadzony przez ścięte mrozem koleiny. Później zrzucałem plecak, siadałem, oparty o pień sosny, i próbowałem nasycić serce zielenią mchu. Ono jednak nie chciało chłonąć.

Brałem łyk zimnej wody z plastikowej butelki i ponownie wbijałem wzrok w mapę. Wspinałem się na ujodlone zbocza Łysicy, piękne, lecz skażone hałasem pobliskiej drogi. Zastygałem na ławce, a przede mną woda rodziła się spod ziemi. To także było na nic – coś wewnątrz mnie spało i nie chciało się zbudzić.

Aż któregoś dnia wyprawiłem się spod zalewu Wilków w stronę Bukowej Góry. Choć poza lasem było już wiosennie ciepło, to na szlaku leżał śnieg i lód, tworzący śliską, wypukłą skorupę, na którą nastąpienie groziło upadkiem. Większą część drogi przemierzyłem, przedzierając się skrajem wyznaczonej ścieżki. Piękno unosiło się w zamglonym od wilgoci powietrzu. Topniejący śnieg dźwięczał wokół jak śpiew niepoznanego gatunku ptaka. Mimo tego, nadal szukałem czegoś, co poruszy mnie na tyle, abym mógł zanurzyć się w tym bezruchu szczęścia, jakie potrafi zrodzić samotność.

Gdy byłem w powrotnej drodze, zwrócił moją uwagę gładki pień zwalonego drzewa, na którym przysiadłem już wcześniej, ale który tym razem ściągał na siebie grubą wiązkę jasności. Przeskoczyłem ponownie wypełniony wodą rów i tym razem położyłem się na pniu, nie ściągając nawet plecaka. Ramiona rozłożyłem szeroko. Pozwoliłem im zwisnąć swobodnie, by objąć jak największą połać nieba, błyszczącego zza sosnowych koron. W pewnym momencie poczułem, jak opada napięcie, o którym nie wiedziałem, że mi doskwiera. Mój oddech stał się szerszy i radosny.

Poleżałem kilka minut, a później wstałem i poszedłem dalej.

Mój drugi horyzontalny epizod miał miejsce pod Częstochową, w lesistym parku. Tam oderwałem się na chwilę od otoczenia i położyłem na płaskiej ławce pod pniem sosny. Wiał mocny, ciepły wiatr, w porywach równoległych do promieni słońca. Uderzały we mnie fale powietrza i światła. Znów byłem u stóp sosen, które szumiały głośno, trąc o wiatr i o siebie nawzajem. Patrzyłem na ich ruchomą sztukę i na gwiazdozbiory szyszek. Dotknąłem pnia, a on był twardy i nieporuszony, choć giął się od podmuchów. Jego kora szeleściła pod dłonią, jakby ulepiona była z głazów cienkich jak papier.

Tam też słyszałem to ciche wołanie, idące przecież zawsze przez świat.

Po raz trzeci położyłem się pod gołym niebem już celowo, myśląc nad poprzednimi dwoma przypadkami. Zszedłem do ogrodu, gdzie pod jabłonią stoi stara ławka, której brakuje dwóch szczebli, i wypoziomowałem się. Niebo było gładkie i płaskie, jasnoszare, a czarne na jego tle gałęzie jabłoni przypominały mi plan dziwnego miasta o tysiącu ślepych zaułków. Był to dzień niewielu kolorów. Ptaki głosiły wiosnę mniej odważnie niż jeszcze kilka dni wcześniej. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że w tej płaszczyźnie rzeczy jawią się inaczej, a pewne rzeczy pilne w pionie, okazują się w ogóle nie pilnymi w poziomie.

Mało jest miejsc i zachęt do leżenia w cywilizowanym otoczeniu. Nie myślę nawet o ławkach celowo niewygodnych, robionych tak, aby nie pokładali się na nich bezdomni, którzy może przejrzą na oczy w końcu, gdy przestrzeń miejska stanie się ziemią jałową, spaloną słońcem i czesaną wichrem, gdy wytniemy wszystkie drzewa, tak by latem ani zimą nie mieli się gdzie skryć. Ale abstrahując od nich, dajmy ludziom leżeć! Niech śpią po parkach i alejach, niech leżą i słuchają tramwajów i muzyki, niech ich wzrok śledzi leniwie samoloty, ptaki i muchy, niech za tępym wyrazem na rozanielonych twarzach myśli łącza się w ławice i żerują spokojnie. Niech czują, że jeszcze przyjdzie czas, by je łowić.


To tyle ode mnie na dziś. Ach, jeszcze tylko…

Ogłoszenia:

Stworzyłem stronę cafedziejba.pl. Można na niej znaleźć archiwum wszystkich listów newsletterowych.


Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

Patrzmy na ptaki i samoloty.

Dziękuję za czytanie.

N.