czwartek, 2 października 2025
Czasem umyka mi istota pisania. Jest jakaś skończona, nawet jeśli trudna do doprecyzowania, liczba słów, które można użyć do opisania smaku kawy. Czasem można odnieść wrażenie, że wszystkie te słowa i ich zestawienia, które wydawały się (gdy to piszę, spada jabłko, jest na górze, a potem jest na dole, przez kilka miesięcy rosło, ciężało, mignęło na skraju pola widzenia jak spadająca gwiazda, i znów tylko leży, i czeka na przemianę, a jej początek obwieściło ciche łupnięcie o trawę), które wydawały się najsilniej wchodzić w reakcję z kawą-jako-rzeczywistością, zostały już wyczerpane. Jeśli nie przeze mnie, to przez innych, a jeśli nie dokładnie te, to podobne. Czasem popadam we wrażenie, że napisałem już wszystko (czy to o kawie, czy o czymś dowolnym innym), co byłem w stanie. A popaść w to wrażenie łatwo, ponieważ za każdym przykładowym poprzednim razem napisałem to, co pisałem, najlepiej, jak byłem w stanie. Gdy to piszę, na laptopie siada osa, a czarny kot, którego dotąd nie widziałem, mruży oczy w mocnym słońcu, w ten chłodny dzień. I gdy wyczerpie się – nawet, jeśli to wyczerpanie jest jedynie emocją, poczuciem – słowa bezpośrednie, można pójść w metafory, w synestezje, by oprzeć się na interzmysłowych skojarzeniach, później w neologizmy i abstrakcje, by w końcu leśmianić o kawie jak o zjesieniałych zmroczach.
Nie wiem, chyba chodzi mi o to, że to wszystko nieprawda. Że nie ma żadnego wyczerpania, bo takie-którego-nie-było, to nie jedyne kryterium, według którego mogę ocenić, czy to, co robię, jest w ogóle warte robienia. I nie jest to kryterium najważniejsze, a może nawet nie jest ono wcale zasadne i potrzebne.
Zrobiło się zimno. Jabłoń unosi powoli gałęzie, odciążone z owoców, nie mogę więc już sięgnąć dłonią żadnego z jabłek. I nawet, gdy to piszę, jednocześnie cieszy mnie fakt, że mogę dokonać tej obserwacji, i napawa obawą, że kolejnej jesieni ta obserwacja będzie już obserwacją poczynioną jesień wcześniej.
Dziwne, bardzo dziwne.
„(…) [C]zas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty i szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, piekielny, rosnący w jaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypka mąka, głupia mąka wariatów.” ~ Schulz, Bruno. Sklepy cynamonowe.
Ten człowiek potrafił wspaniale pisać.
Zdaję sobie też sprawę, że w sztukę wkrada się w takich myślowych momentach coś niezdrowego, co ma może związek z nawykiem konkurencji, jaki wszyscy zdążyliśmy już w sobie wyrobić.
Newsletter to nie tylko newsletter, a jeden z Newsletterów-jako-narzędzi-marketingu, a także Newsletterów-z-którymi-nasz-newsletter-konkuruje-o-uwagę-odbiorcy, a także coś, na temat czego mamy już jakieś wyrobione wyobrażenie. To wyobrażenie dotyczy częstotliwości rozsyłania maili („powinienem regularnie, najlepiej raz w tygodniu”), wyglądu (bo „musi” wyglądać profesjonalnie i ładnie), jego stylu i treści, tego, jak będzie wyglądała strona zapisu, jak będą układały się treści na telefonach, a jak na komputerze.
Książka to nie tylko książka, a produkt, któremu musimy określić target, i którym musimy skusić wydawcę, i który musi mieć strategię marketingową, i nie może być za cienka, bo te 300 000 zzs to chyba minimum, ale też nie za gruba, bo kto to wyda debiutantowi, ale jednak fantasy akurat grube się sprzedają, no i rzucają się w oczy na półce.
Autor to nie tylko autor, ale też Wydawca-woli-żebyś-miał-fajne-sosziale.
I tym sposobem wszystko, co tworzę, jest tworem od urodzenia obarczonym świadomością siebie, jako małej istotki, błąkającej się po zatłoczonym, rozwrzeszczanym targu, szturchanej, popychanej i odganianej, przytłoczonej ilością bodźców i wymagań nie do spełnienia.
Bo wszystko jest rynkiem, a rynek jest przepastnie ogromny.
Przepastnie ogromny jest także krajobraz możliwości, będący jednocześnie i tak naprawdę mnogością dziedzin, czyli mnogością specjalizacji. Ta mnogość rośnie, materiał do opanowania w każdej dziedzinie także, a czas życia człowieka pozostaje taki sam. Jego subiektywne poczucie znaczenia, gdy odniesione do tego rosnącego kontekstu, stale maleje.
Dodatkowo, sztuka płynie z potrzeby artysty, która to potrzeba jest często potrzebą nie tyle tworzenia, co obserwowania, jak ta sztuka jest odbierana. Nie zawsze tak jest, ale wierzę, że u każdego przynajmniej czasem. Więc zabiegać o uwagę innych, czy „być sobą”?, ale jak nie stracić siebie, zabiegając o uwagę, i jak nie zabiegać o uwagę, jeśli czujemy, że posiadamy coś, co wniesie w cudze życie jakąś wartość? I jak nie chcieć zarobić?
Jest tam kakofonia emocji i pobudek. A to są rozważania bez puenty.
Najgorzej jednak, gdy tracimy umiejętność zabawy. Może to być z rutyny, pomyłki w osądzaniu własnych motywacji, przez cudze osądy, czy przez skrępowanie w obliczu publikacji. I dochodzi do tego, że obawiam się, czy kolejnej jesieni będę potrafił poczynić taką obserwację, która wyda się komuś oryginalna albo ciekawa. Bo nawyk bycia-na-rynku jest tak silny, że często zabawa, to nie jest zabawa, a półświadome tworzenie produktu, który musi mieć business plan na kolejny rok albo pięć.
Absurd.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może on się spodobać – nie obiecuj mu jednak, że będzie go otrzymywał regularnie.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki🍂!
Dobrej zabawy tej jesieni.
Dziękuję za czytanie.
N.