cień martwej jemiołuszki
Dobrze byłoby umieć pisać o pięknie miłości jeszcze zanim strata i zanim tęsknota. Albo umieć o niej mówić. Sens to kruchy surowiec. Konstrukcje z sensu miło się burzy, a uczucie temu towarzyszące do złudzenia przypomina oświecanie. Ale fale i tak ciągle uderzają o brzeg.
Wsiadłem rano do samochodu, pojechałem w miejsce oddalone o dwadzieścia minut drogi, zrobiłem spacer długi na pięć minut i przysiadłem na przystanku. Zobaczyłem, że na chodniku leży martwy kos. Leżał głową zwróconą do dołu i przekręconą w prawo, końcówka dzioba ubrudzona piaskiem, skrzydła złożone. W ostrym wczesnym słońcu cień ptaka był o wiele większy od niego, rozlewał się po kostce brukowej jak plama krwi. Patrzyłem na niego, następnie wstałem i wróciłem do samochodu.
Oglądam dym, co kłębi się naprzeciw deszcz. Dym unosi się nad wędzarnią, krople spadają na komorę spalania i syczą. Przykucam, by słyszeć lepiej. Deszcz ma rytm, a piecyk to instrument.
Pół roku temu spędziłem około miesiąca w szpitalu. Któregoś dnia, czekając na któryś z zabiegów, na żółtych kwadratowych karteczkach spisałem zarys tekstu, który czułem potrzebę napisać. Po powrocie ze szpitala tekst ten, o objętości dłuższego opowiadania, napisałem, wydrukowałem i poddałem wstępnej redakcji. W chwili obecnej leży on, naznaczony odręcznymi komentarzami, na stercie o takim układzie: wydruk krótkich form autorstwa mojej narzeczonej, wspomniany tekst, stary notatnik, do którego od dawna chcę wrócić, teczka z moją dokumentacją medyczną, dwa nowe t-shirty, teczka z dokumentami, dotyczącymi nabytego niedawno samochodu.
(Ten tutaj tekst ma za to strukturę geologiczną. Akapity po prostu opadają jeden na drugi, jak kolejne warstwy osadu. Jest to trudne do czytania, ale błędem jest zakładać, że jako autor mam nad tym jakąś kontrolę. Sam jestem tylko warstwą, a moja moc ogranicza się do tego jednego akapitu. Mogę spożytkować ją na przykład na umieszczenie w nim takich słów, jak miąższość, spąg czy kultywar.)
W pewnym momencie odczułem, że dzieje się coś, co zazwyczaj się nie dzieje, ale co zawsze drzemie w potencjalności życia. W następnej chwili splunąłem szkłem, szklany pył starłem z powiek i uwolniłem się z wraku samochodu w cichy las.
„Cień martwej jemiołuszki - ja byłem tym cieniem”, pisał Nabokov w Bladym Ogniu, i choć wers ten zapadł mi w pamięć, to wywoływał w niej inne poruszenia, dopóki cień martwego kosa i cień mój nie rozpięły się na jednej płaszczyźnie chodnika.
To tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Nabywaj czas, choćbyś miał płacić słono.
Dziękuję za czytanie.
N.