Café Dziejba: Widoki jednego okna, wrony i Bruno Schulz
Café Dziejba jest projektem wielopostaciowym, przede wszystkim jednak – literackim. Jest także zabawą. Jej twórcą jestem ja, Norbert Kaźmierczak. Pisuję również opowiadania oraz teksty zupełnie nieforemne.
Witaj.
Słowo wstępu
Ograniczony silniej niż zwykle przestrzenią, obserwuję dziejbę tego świata z pozycji poniekąd oddalonej. Wspomniane ograniczenia objawiają się też w formie powstających tekstów. Lubię je jednak, bo wycisnąć je musiałem z wilgotnego ledwie piasku.
Dziejba Właściwa
Oto, w jakie wzory układały się cząstki Wokół:
- W miejscu, gdzie pień klonu rozgałęzia się na trzy grube jak człowiek konary, rośnie mech. Na tym mchu leżą żółte liście. Sikorka siedzi wśród nich i rozrzuca je dziobem, jakby gmerała w starych szpargałach.
- Linie szpitalnego gmachu mają w sobie katedralną wzniosłość, tyle że ociosaną z wszelkich upiększeń i dodatków. Zdaje mi się nawet, że dostrzegam fantomowe nawy i kruchy, dostrzegam też wiernych, spieszących na wieczorne nabożeństwo. Zaczyna padać deszcz.
- Na parapecie leży kraciasto-pasiasty koc. Jest cienki. Kolory poszczególnych jego obszarów są takie: oświetlona słońcem laska cynamonu, wnętrze katedry, używany jutowy worek, sylwetka drzewa na tle nieba zachodu.
- Deszcz wsiąka w kolory i one puchną jak pieczone bułki, pogłębiają się, odkrywają nowe odcienie i rozpiętości. Zielenie mszeją, orzechowieją brązy, z żółci tryska wyciskany świeżo sok.
- Zewnętrzna latarnia, wtulona głową w zielonkawe jeszcze liście grabu, stoi na pogodnie błękitnej nodze i białym okiem wpatruje się tępo w przestrzeń przed sobą. A może oniemiała od przesytu fantazją kształtów, prowadzących w kałużach życie bon vivantów.
- Dwie wrony wnoszą się jedna za drugą przez powietrze, lecąc po linii prostej, rozciągniętej po skosie między budynkami, jak dwa pstryknięte palcem koraliki, naciągnięte na ten sam sznurek.
- Od nowego sąsiada z sali dostaję Kinder Niespodziankę i teraz z parapetu strzeże nas jurajskim okiem plastikowy dinozaur.
- Przez chwilę znak na parkingu, oznaczający zakaz postoju, rozjarza się potężnym blaskiem i staje się mi ostrzeżeniem, jakby skierowanym konkretnie do mnie komunikatem, który Bóg chce mi wpalić w siatkówkę.
- Bezchmurny papier zmierzchu tylko na chwilę zajmuje się ogniem na skrajach i zaraz zapada szybka, dziwnie dojrzała ciemność.
- Jeden z budynków szpitalnych w poprzednim wcieleniu mógł być dziwnie dużym dworkiem, kinem lub teatrem. Cieniutkie gałązki grabu i ich cienie tworzą na tynku strukturę do złudzenia przypominającą krwiobieg.
- Czwartkowy wieczór jest spokojny. Siedzę na korytarzu. Z różnych sal dobiegają różne odgłosy i mieszają się. Radio na baterie, telefoniczne rozmowy współpacjentów, pokasływania, pogaduchy pielęgniarek. Wszystko to idzie korytarzem jak migracja gnu, przedziera się z trudem przez mulisty bród mojej świadomości. Ja siedzę na korytarzu.
Dziejba Posłyszeń
Nie przestaje mnie cieszyć Craven Faults. Lubię te długie utwory, w których rytm turkocze niespiesznie, linie nachodzą na siebie, a głęboka różnorodność rozpycha się odważnie w pozornie ciasnej formie.
https://youtu.be/V2zNtlR5ZdU?si=frbxC3LUPIg-rHiU
Dziejba Przekazów
Sanatorium pod Klepsydrą jest jeszcze gęstsze i bardziej enigmatyczne niż Sklepy cynamonowe. Jest też przedziwne. Jest tęskne i piękne.
“Był wieczór wietrzny i spłoszony. Zbierało się na deszcz. Na żółtych i mdłych horyzontach porządkował się już dzień do odjazdu, zaciągał w pośpiechu nieprzemakalne i szare pokrowce nad taborem swych wozów ciągnących szeregiem ku późnym i chłodnym zaświatom.”
Bruno Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki 🍂!
Tymczasem, wstań i patrz, jak rozpręża się kopuła nieba.
Dziękuję za czytanie.
N.