Café Dziejba: Wiatr, zimny wiatr
Siedzę i gapię się tępo w tysiąc puzzli, z których żaden nie jest metaforą, za to każdy jest fragmentem śnieżnej paryskiej nocy. Wgapiam się i nie wiem już, czy to, co robię, miało być zabawą, treningiem umysłu, wstępem do medytacji czy dziwnym przechodem w świat oniryczny. Chyba to ostatnie, bo migawki grudnia błyskają podprogowo w filmie mojego puchatkowego rozumku, jakby wkleił je tam Tyler Durden (ta postać z Podziemnego Kręgu).
Tak więc, pulsują wielobarwnym światłem ledowe łańcuchy, które podpiąłem do wszystkich wolnych kontaktów, i teraz one żyją sobie elektrycznie, porozwieszane na kinkietach, zarzucone na wieszak z ubraniami, ciśnięte na oparcie kanapy, udrapowane na krawędzi obrazu. Rozświetlają się i gasną, i rozświetlają, i gasną, aż wychodzę na zewnątrz, ubrany we wszystkie ubrania, jakie miałem w szafie, ale na-zewnątrz to teraz świat ekstremalny, w którym pływają rekiny lodowatego wiatru, kłapią paszczami i tropią najlichszy ślad ulatującego spod kurtki ciepła.
Wsiadam do samochodu.
Ja oddycham z ulgą, bo odpala, ale on z protestem piszczy coś o mrozie i że mu zimno w stópki, ale jadę uparcie przez ulice pełne zakupowiczów ostatniej szansy – bo jest dwudziesty trzeci. Parkują pod dużym marketem, wdzieram się do jego wnętrza, i już jestem w środku, i już mogę się cieszyć przedświątecznym nastrojem, i przecenami na ledowe łańcuchy, których może i w sumie mógłbym mieć więcej, i kłócącymi się rodzinami, których otępiali od ostrego światła, hałasu i chaosu ich członkowie popadają powoli w obłęd.
Wracam do domu.
Tam słucham lo-fi hip-hopu, jem kwaśne żelki i bezglutenowe nachosy, notuję, piszę, piję kawę, myślę, na przemian marnotrawię i pożytkuję czas, jem jeszcze trochę żelków, wyrzucam do kosza napoczęte nachosy i żelki, by nie jeść ich więcej, piję bezalkoholowe piwo, spaceruję po przedwigilijnych i wigilijnych ulicach z dłoniami wciśniętymi w kieszenie kurtki, a głową w jej kołnierz.
Ranki zaczynam wcześnie.
Coś po piątej siadam i myślę o planach, i myślę o tym, że myślę o planach, i czytam, i rozważam, czy z tysiąca puzzli każdy jest metaforą, a może to zimny wiatr jest bodźcem do zmiany nastawienia wobec cierpienia. Z wydrążonej cytryny wyjadam cytrynowe lody, a ze stolika naprzeciwko zerka na mnie Marcin Najman. Chodzę po Bielsku-Białej i sączę kawę, stoję na stacji diagnostycznej pod samochodem, stoję na parkingu w Bystrej, kupuję dwa pomidory droższe niż filet z łososia, siedzę w kawiarni o szóstej dziesięć rano, kupuję siatkę indyczego mięsa, liżę rany i piszę, dostaję prezenty i czytam sześć książek na raz, ciemnym rankiem wracam z zakupów z kalafiorem większym niż moje siły, robię więc przystanki, albo ciemnym rankiem wracam z zakupów z torbą pełną pieczywa i nabiału, i trzymam się płotów, i przemykam trawką, bo świat pokryty jest warstwą lodu, jakby ktoś próbował go tym lodem zalaminować. Albo cieszę się obecnością bliskich i rozmowami do późna.
Spoglądam na rok dwudziesty piąty i kłaniam mu się z szerokim uśmiechem jak Truman Burbank (ta postać z Truman Show) w ostatniej scenie filmu. Niech Dziejba toczy się dla Ciebie potężnym rytmem i rozmachem. Oby dane nam było przejść przez kolejne drzwi za rok. In case I don’t see you, good afternoon, good evening, and good night!