Café Dziejba: nic-ciekawego-8, Depeche Mode, George Bellows
Witaj.
W dzisiejszym newsletterze znajdziesz…
- najpierw kilka zdań ode mnie,
- później Dziejbę Właściwą, czyli pisanie i bajanie,
- Dziejbę Posłyszeń, czyli czego z przyjemnością słuchałem, o tym wspominam,
- Dziejbę Obrazowania, czyli jeden obraz jednego malarza,
Słowo wstępu
Miło jest patrzeć, jak rosną kwiaty, a także jak za szybą nieba przesuwa się wielki księżyc. Dziś krótki tekst z serii nic-ciekawego-x, czyli jak za starych dobrych czasów.
Dziejba Właściwa
Krótki tekst, który nazwiemy nic-ciekawego-8.
Szczekanie psa niosło się po rzadkiej trawie i bezlistnych skarłowaciałych drzewach. Opat Manuszka stał na murach klasztoru, zapatrzony w beznadziejną przestrzeń. Wiatr nie poruszał jego szatą, ani w ogóle niczym, za to na niebie straszyła i wzrastała gigantyczna ognista kula, demoniczna kometa zagłady, trajektoriująca, jak w mordę strzelił, w obsadzony różami klasztorny dziedziniec.
Kometa była wyobrażeniem Manuszki, ale zagrożenie było prawdziwe.
– Dlaczego teraz, dlaczego? – jęknął.
Dlaczego prześwięty nadopat Kola właśnie teraz wracać musiał ze swojej astralnej podróży, w którą był się wyprawił tysiąc osiemnaście lat temu, a podczas której leżał w celi i nie starzał się ani o włos czy paznokieć? Przez tysiąc osiemnaście lat leżał, aż w zeszłym miesiącu jeden z braci dopadł Manuszki na korytarzu, pociągnął go za cingulum (na co rzekł Manuszka: „nie ciągnij mnie, bracie, za cingulum”), i z emocją szepnął:
– Chrząknął.
Manuszka także chrząknął, werbalizując brak zrozumienia komunikatu. Na poziomie mimiki wybrał ściągniecie brwi ku nasadzie nosa i lekkie pochylenie głowy.
– Nadopat Kola! – wyjaśnił podekscytowany mnich – Przechodziłem obok drzwi jego celi, i nagle usłyszałem, jak chrząknął!
Z jego podkrążonych oczu (podkrążone oczy stały się ostatnio udziałem większości braci – o tym dalej) bił zachwyt i nabożność.
Od tamtego momentu prześwięty Kola (co skrupulatnie odnotowano) raz jeszcze chrząknął, dwukrotnie drgnął i jeden raz wybełkotał słowo kończące się na „dlono” lub „tflono”. Manuszce nie było do śmiechu z najwyraźniej zbliżającą się pobudką nadopata, może nawet więcej, może przyszłość spadała na niego jak demoniczna kometa bezradności i zła. Powodem, dla którego opat popadał w rozpacz i uparcie wyszarpywał włosy znad swojego lewego ucha, były następujące problemy, pokrywające się z następującym ciągiem jego rozumowania:
Jeden. Czas gwałtownie przyspieszał. (To ewidentne. Przyspieszał od zawsze, ale w ostatnich pięciu latach mantry, modlitwy i inne stałe elementy dnia przestały mieścić się w swoich ramach – o tym dalej.)
Dwa. Porządek dnia mnichów wykolejał się. (Jak wyżej. Modlitwa poranna „Wdzięczność za los, będący darem Błoga” [słowo „Błóg”, czyli wypaczone „Bóg”, było efektem izolacji klasztoru połączonej z faktem, że większość kontaktów, jakie utrzymywali, utrzymywali z okolicznymi farmerami, będącymi z kolei w dużej mierze imigrantami z zapadającej się pod wodę Wyspy Błękitnego Kłosa, do momentu exodusu także odciętej od świata, której mieszkańcy przeszli długą i żmudną drogę wstecz po śladach zachodniej cywilizacji], że modlitwa ta, zawierająca dwadzieścia cztery strofy, przestała mieścić się w przestrzeni między pobudką a śniadaniem, czemu próbowano na różne sposoby zapobiec – o tym dalej.)
Trzy. Manuszka poniósł fiasko w starciu z czasem. (Nie można mu zarzucić, że sprawę zbagatelizował lub zaniechał środków zapobiegawczych. Środki jednak, jakkolwiek uświęcone celem i kontekstem, zawiodły.)
Cztery. Demoralizacja postępowała i przyspieszała wraz z czasem. (Szkoda gadać.)
Pięć. Winny był temu Manuszka, ojciec klasztoru, który doprowadził swoją trzodę do stanu tak żałosnego, że w zasadzie można już było na horyzoncie dostrzec kres, nadchodzący dla uświęconej organizacji, której mury, nie licząc drobnych napraw i konserwacji, stały niewzruszenie od bez mała dwóch tysięcy lat, oddzielając świecki świat chaosu od małego raju o imponująco szczerej, czystej i pobożnej kulturze. (Którą można już było tylko wspominać.)
Sześć. Prześwięty nadopat Kola przebudzi się lada dzień, ujrzy wszechobecny rozkład, spojrzy na opata Manuszkę, zazgrzyta zębami i powie, że zamierza wykorzystać nabyte w astralnym świecie koneksje, by w trybie przyspieszonym i bez możliwości odwołania umieścić duszę Manuszki w jakimś okropnym miejscu na samym dnie Piekła. (Scenariusz wysoce prawdopodobny.)
– Opacie Manuszko! – (opat Manuszka stał nadal na murach i wpatrywał się w step, w to królestwo kojotów i nudy, gdy po schodach nadbiegł brat o imieniu Szuszu albo Muszu, albo coś innego, który przedstawił się tylko jeden raz, dwadzieścia jeden lat temu, i to komuś przypadkowemu, po czym złożył śluby milczenia, które niedawno porzucił, w trakcie których pielęgnowania jednak sam swojego imienia zapomniał) – Nadopat Kola podrapał się po nosie!
Manuszka znów tylko jęknął (jęczał ostatnio jakby nawykowo).
– Ale śpi dalej? – zapytał z nadzieją.
– Śpi, chociaż… zaczyna się wiercić.
Gdy braciszkowie zauważyli problemy z czasem, zaczęli najpierw je badać, później próbować nagłaśniać. (Nagłaśnianie nie przyniosło efektów.) Przekonali byli, że modły ich, w przeciwieństwie do świeckich mechanicznych zegarów, umożliwiają jawne wykazanie, że w faktycznej prędkości upływu czasu na ziemi zachodzą zmiany.
Nie mogło być zresztą innego wyjaśnienia – na modlitwy zwyczajnie przestało starczać czasu.
Najpierw, skoro śniadanie okazało się nadchodzić zbyt wcześnie, by udawało się przed nim odmówić całość zwyczajowej modlitwy, Manuszka podjął prosty krok naprawczy: przesunął śniadanie na godzinę późniejszą. To pomogło chwilowo, zrodziło jednak kolejny kłopot. Bracia siadali do obiadu wcale nie głodni. Gmerali łyżkami w miskach z kleikiem, unosili je niechętnie do ust, ciamkali niespiesznie swoją papkę… Był to widok godny pożałowania. Manuszka przesunął więc obiad i kolację także na późniejsze godziny. Powstał, rzecz jasna, problem z rutyną wieczorną. Ten zniwelowano łatwo, skracając długość snu.
To jedno rozwiązanie zdawało się sprawdzać, przynajmniej na krótką metę. Co prawda, mnisi przypominali teraz blade zjawy o głębokich cieniach pod oczami, a poobiednie śpiewy zaczęły brzmieć dziwnie potępieńczo, ale pożyczone godziny pozwoliły utrzymać się na powierzchni.
Czas jednak przyspieszał dalej.
Modlitwy trzeba było skrócić, obiady jeść w locie. Zapanował pośpiech i zabieganie. Rezygnowano z kolejnych i kolejnych zasad i rytuałów. Pojawiły się utarczki, urojenia i używki. Nastawała degrengolada.
I wtedy prześwięty nadopat Kola – powstał.
Kiedy, podtrzymywany przez dwóch braci, wszedł do celi Manuszki, ten klęczał i mamrotał tekst którejś mantry, zagryzając go pospiesznie bułką. U jego stóp leżał notatnik, pełen roztrzęsionych zapisków.
– Zostawcie nas samych – powiedział Kola.
Rozmawiali do świtu.
O poranku nadopat przypatrywał się ekspresowym modłom, zjadł wręczone mu śniadanie, które przypominało świeckiego kebaba, a następnie powolnym krokiem, odprowadzany przez wpatrzonych w niego braci, skierował się do swojej celi, położył na łóżku i zasnął.
Być może wyruszył w astralną podróż.
Dziejba Posłyszeń
Bardzo dobry album z bardzo znanymi piosenkami. **Depeche Mode,**Violator.
Dziejba Obrazowania
Amerykański malarz i bokser George Bellowsznany był ze swoich intrygujących obrazów, przedstawiających walczących na ringu bokserów.
Poniżej, turniej tenisa w pięknej zieleni.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki 🍂!
Poznaj Dzisiaj do głębi i z uśmiechem poczekaj na Jutro.
Dziękuję za czytanie.
N.