Café Dziejba: Jan Kastor, cz. 4

Witaj.

Zapraszam do Dziejby i miło jest mi móc przedstawić czwartą część opowieści, zapoczątkowanej trzy tygodnie temu.


Gdy skończyli tańczyć, usiedli na podłodze, oparci plecami o podstawę kontuaru, i nie rozmawiali. Któryś z gości wyszedł. Okno kawiarni było zaparowane. Na zewnątrz była ciemność, przełamana pomarańczową łuną latarni. Później Dziejba zatrzęsła się. Uszy Jana Kastora wypełniło dudnienie silnika. Zobaczył zbliżające się do szyby dwa silne światła, który stawały się większe i silniejsze, aż w końcu musiał zmrużyć oczy i osłonić je dłonią. Poderwał się na nogi i z niepokojem zapytał H., co to takiego, na co tamten odparł spokojnie, że to buldożer, na co Jan Kastor zapytał jakoś głupio, czy maszyna przyjechała po to, by zburzyć kawiarnię, na co H., odpowiedział:

– Nie, to tylko omen.

Na to z kolei Jan zapytał, skąd w takim razie to pęknięcie na szkle, a sunąca po szybie rysa dotarła do ramy okna. H. odparł, że musi już iść.

Zabrał swoje rzeczy i wyszedł.

To samo zaczęli robić pozostali goście, ulegając jakby otępiałej, sennej panice. Jan Kastor stał bezradnie pośród potrącanych stolików, sam także potrącany. Kilka osób zgasiło przed odejściem świeczki, pachniało więc zgaszonymi świeczkami. Nie były one już zresztą potrzebne, bo wnętrze kawiarni jaśniało białym blaskiem. Cienie poruszających się postaci malowały się na ścianach, podłodze i suficie jakby czarną farbą. Barista ostentacyjnie nie patrzył w stronę buldożera, a Jan ujrzał za mlecznym szkłem cień unoszącego się lemiesza. Wokół panował huk i drżenie. Z półek spadło kilka książek. Barista przecierał stolik. Jan Kastor poszedł powoli w stronę książek. Napotkał po drodze podpitego już mocno biologa, który, przechodząc, położył mu rękę na ramieniu i powiedział, że on (Jan) chyba rozumie, co tutaj jest tracone. Wśród książek leżał między innymi jeden egzemplarz któregoś z dzieł Sienkiewicza, oprócz tego cienka pozycja o tytule zaczynającym się na “Wykrzyczane…”, a także “Masa i władza” Eliasa Canettiego. Jan podniósł tę ostatnią, otworzył, przesunął po tekście wzrokiem, zamknął książkę i odrzucił na ziemię. Została mu jednak w głowie jakaś myśl z fragmentu, którego nawet nie zdążył doczytać do końca, i który mógł traktować o czymś zupełnie innym, niż się to jemu wydawało.

Potruchtał przez pustą już kawiarnię w kierunku drzwi. Lemiesz zawisł bez ruchu, jak uniesiony przez sędziego młotek. W pomieszczeniu pozostał tylko barista. Jan krzyknął do niego z pytaniem, czy zamierza opuścić kawiarnię. Tamten włączył ponownie radiomagnetofon i przesunął suwak głośności do końca w prawo.

Jan Kastor, choć nie było to wynikiem namysłu, wracał po swoich śladach. Wykonał znów serię pętli po ulicach śródmieścia, po czym znalazł się w okolicach mostu, z którego wcześniej tego wieczoru wyrzucił do rzeki telefon. Było rześko, cicho i pusto. Miasto stężało i zamarło. Myśli i emocje Jana także milczały. Rozsiadły się na szkieletach bezlistnych drzew jak gawrony, tłuste, czarne myśli o rozłożystych, ale nierozpostartych skrzydłach. Czy go w ogóle obchodziła Dziejba, czy też obchodził go tylko własny los? Nie miał sił tego rozplątywać i podejrzewał, że bliższe prawdy jest to drugie, zdawało mu się też jednak, że Dziejba jest kluczowym elementem jakiejś rozgrywki, w której Jan Kastor jest być może graczem, choć bardziej prawdopodobne, że jest tej rozgrywki przedmiotem. Szedł przez most, pod którym rzeka ciągnęła się jak wielki ciemny łańcuch.

Zaskakująco późno dostrzegł zbliżającego się z naprzeciwka człowieka, który dążył przed siebie szybkim, zdeterminowanym krokiem.

Nie minęli się, tylko zwolnili i zatrzymali. Jan ze wstrząsem rozpoznał w tamtym siebie.

– Jesteś… mną? – zapytał, ściskając palce swoich dłoni.

– Nie, jestem tylko wyobrażeniem.

– Dokąd idziesz?

Tamten odparł, że do Café Dziejba. Jan Kastor próbował tłumaczyć, że pewnych rzeczy nie można cofnąć, że nie ma to nawet sensu, a także, że nie dość, że nie jest wstanie i nie ma siły, to nie wie, co miałby w ogóle zrobić. Jedyna odpowiedź, jakiej się doczekał, była taka:

– Może musisz złamać na nowo swój los. Oto idą Ludzie Nocy.

Po jej wygłoszeniu przybysz wzruszył ramionami i poszedł dalej. Pojawili się za to na moście kobiety i mężczyźni z taczkami, idący w tym samym kierunku, co wyobrażony Jan Kastor. Koła taczek poskrzypywały cichutko.

Prawdziwy Jan Kastor poczuł się nagle zmęczony. Kucnął i schował głowę w dłoniach.

– Rany Chrystusa! – jęknął.

Wszystko zaczęło mu brzydnąć i obojętnieć, jednocześnie przyciskając swoim ciężarem do ziemi. Był w kleszczach swojego własnego życia, do którego zaczął czuć odrazę. Nie wiedział już kim był, ani nawet czy był kimkolwiek. Siedział zwinięty w kłębek i bujał się nieznacznie w przód i w tył. Most opustoszał. Łańcuch rzeki podzwaniał ogniwami. Niebo było zachmurzone, rozjaśnione żółtawą poświatą miasta.

– Być kimkolwiek – powiedział cicho Jan. – Chciałbym być kimkolwiek, kimkolwiek.

Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej naszło go tego typu zwątpienie i poczucie stania oko w oko z przerażającą pustką. W którą stronę by się nie obracał, pustka także tam była. Smagany tymi rozterkami uczynił tytaniczny wysiłek i dźwignął się do pozycji stojącej, a następnie zaczął iść, a potem biec, w kierunku Café Dziejba.

Znalazł się na miejscu, gdzie bryła buldożera ruszała właśnie z miejsca, a wokół unosiły się kłęby spalin. Opodal stali bez ruchu Ludzie Nocy, trzymając w rękach uchwyty taczek. Szyba kawiarni pękła z brzdękiem, rozległ się trzask i pisk gąsienic.

– Stać! Stać! – krzyczał Jan Kastor – Stój mówię!

Przeskakując gruzy, minął maszynę i stanął przed nią, zaciskając pięści i warcząc jak wilk. Buldożer zatrzymał się. Kierowca wychylił się z kabiny i krzyczał coś do Jana, ale ten nie słuchał go. Pobiegł tylko po notatnik, w którym dokonywał wcześniej obliczeń. Znalazł go na podłodze, a kawałek dalej długopis. Wrócił do okna, przyklęknął przy pochylonej płycie lemiesza i oparł na niej notatnik. Kreślił to, co przychodziło mu na myśl, co było spontanicznym wyrazem, płynącym z jego wnętrza, a co smakowało jak życie i unicestwienie. Kreślił, brudził sobie dłonie o oblepioną gliną stal, i modlił się, i płakał, i kręcił głową, i śmiał się z siebie, i powoli i metodycznie, ale z zapałem bliskim obłędu, wydobywał się na wierzch.

Koniec części czwartej z czterech. Można spodziewać się epilogu.


To tyle ode mnie na dziś.

Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

Przebij się przez pustkę pustych zajęć, przez noc duszy.

Dziękuję za czytanie.

N.