Café Dziejba: Jan Kastor, cz. 2
Witaj.
Zapraszam do Dziejby i przypominam raz jeszcze, że około 14 lutego rozsyłał będę Dziejbę Papierową, kto ma więc ochotę się załapać, tego zachęcam do kontaktu.
A dziś, miło jest mi móc przedstawić drugą część opowieści, zapoczątkowanej tydzień temu.
– Powiem panu, co wydaje mi się bardzo ciekawe, panie…?
– Nie pana interes – powiedział Jan Kastor, czując do H. nienazwaną niechęć.
H. siedział naprzeciw niego, na stoliku leżał notatnik i długopis, stała druga kawa, wypita w połowie, przy stolikach gawędzili goście, między stolikami były przestrzenie, a pod sufitem unosił się pył słów, zderzanych w przestrzeniach.
– Będę więc nazywał pana Jana Kowalski, dobrze? – nie zraził się H. – Panie Kowalski, czy pana uwaga skupiona jest już na mnie? Bo będę mówił coś ważnego.
– Rany Chrystusa, nazywam się Kastor… Czego pan chce?
– Aha, Kastor! Ale Jan, tak…? Będę ci mówił Jan, jeśli to nie…? Świetnie! Janie Kastor, powiedz mi, czy to nie ciekawe, że ta kawiarnia od diabelnie wielu lat oblegana jest przez przepyszną, nietuzinkową klientelę, działa jak marzenie, wiatr pomyślności niesie ją raźnie po falach koniunktury, aż tu nagle…!
Zawiesił głos na tak długo, że Jan Kastor zdążył w miejscu tej pauzy podnieść filiżankę do ust, odstawić ją i zapytać:
– Aż nagle co?
– Aż nagle zbieg przedziwnych wprost okoliczności doprowadza do sytuacji, w której nie pozostaje nic innego, jak ją zamknąć.
Jan Kastor pomyślał, że H. nie ma prawa wiedzieć o rzeczach, których teraz on, Jan, stał się świadom bardziej, niż był ich świadom zazwyczaj. I że myśl o tych rzeczach wzbudza w nim odczucie takiej samotności, jakiej doznaje się w snach.
– A może – zasugerował niepewnie – jest wręcz przeciwnie. Może to długi okres prosperity kawiarni był szalenie szczęśliwą passą, która właśnie się skończyła?
– Może. Nie zapytałeś, Janie Kastor, jakie są te przedziwne okoliczności.
– Zdążono mi już o nich opowiedzieć – Jan gniewnie zamknął otwarty na stoliku notatnik – Do czego zmierzasz, H.?
– Kawa na ławę, tak? – zarechotał tamten – Jesteś apotropatą. Nie musisz się tak głupio rozglądać, nikt nas nie usłyszy ani nie zrozumie. I tak, wiem, że od dawna już tego nie robisz. Widać to po tym, jak męczysz się z tymi swoimi… znaczkami – zrobił pogardliwy ruch podbródkiem w stronę notatnika. – Ręka ci drży, Janie. Powiedz, dlaczego nagle zapragnąłeś powstrzymać nieuchronny los Dziejby…?
– Nie zaprag… – zawahał się Jan Kastor – Ja tylko sprawdzałem, czy to w ogóle możliwe. Z zawodowej ciekawości.
– Z zawodowej ciekawości – H. zrobił prześmiewczo smutną minę, po czym spoważniał i groźnie wycelował w Jana wskazujący palec – A może z palących wyrzutów sumienia?! Czy mylę się, twierdząc, że dojrzałeś w zamieszaniu wokół Dziejby swoją robotę?
– Nie, ja… – pot pod koszulą Jana zgęstniał, Jan potarł dłonią policzek i usta. Wiedział, że H. mówi o rzeczach prawdziwych, dotyczących jego, Jana, ale tak silnie pchniętych w niepamięć, że niemal skutecznie wypartych. – To nie moja wina!
– Ah, nie? Nie było żadnego ciasteczka z wróżbą dwadzieścia lat temu?
Zderzony z tym wspomnieniem, zadrżał i uspokoił się. Dotarło do niego, że skoro tamten wie, to on nie ma już sensu obawiać się demaskacji. Dlaczego się jej w ogóle obawiał? Zastanawiał się nad tym teraz, wodząc spojrzeniem po twarzy siedzącego naprzeciwko mężczyzny, wijąc się w kajdanach prawdy o swoim życiu. Jako młody człowiek, wychowany przez okoliczności, których inni nie pojmą, bo jak mogliby pojąć, rozłamał jednego z wieczorów ciasteczko z wróżbą. Przeczytał przepowiednię o szczególnym dla niego wydźwięku: “Wszystkie złe rzeczy Cię ominą.”
– Wszystkie złe rzeczy cię ominą – powiedział cicho – tak tam było napisane.
– To musiało obudzić potężne pokusy w kimś, zdolnym do negocjowania z rzeczywistością – ton H. stał się łagodniejszy.
– Nie wolno działać we własnym interesie, gdy potrafi się to, co ja. Nigdy.
– Wiem, Janie Kastor.
– Tylko wyizolowane, subtelne przeliczenia. Delikatne przekierowania. Zawsze pełna świadomość konsekwencji i fal.
– Takie są zasady – pokiwał głową H.
– Takie są zasady, tak – powtórzył smutno Jan.
– Ale ty je złamałeś.
– Nie… dobrze, tak, ale zrozum mnie, gdybyś mógł wykluczyć zło ze swojego życia…
– To bym tego nie zrobił! – wzburzył się na nowo H. – W życiu zło… nie jest złem! Jest po coś. Jest ważne. Jest… Janie Kastor, tacy jak ty nie rozumieją najbardziej podstawowych prawd o życiu. I mniej mnie nawet interesuje sposób, w jaki udało ci się to zrobić, przekalkulować swoje życie jak trajektorię jakiejś cholernej komety, ale ciekawi mnie, jak możesz tak żyć? Żyć, wiedząc…
– Gówno wiem! – wychrypiał Jan, przytłoczony – Dokonałem reinterpretacji istniejących faktów. Potężnej, pięknej i śmiałej reinterpretacji, której efekty miały objąć całe moje życie. I przekonałem do niej Boga. Oszukałem go, a on się ode mnie odwrócił, za co nie mam do niego pretensji…
Tu zamilkł. W myślach wertował kartki pamięci. Nieprawdą było, że wiedział, co go czeka. Miał mętną świadomość istnienia pewnej ścieżki, po której stąpał w kierunku przyszłości, ale każde zdarzenie i tak go zaskakiwało. Tak, jak upadek relacji z Nią. Wiedział, że to musi się stać, było jednak dla niego niebywale trudne, że się stało. Chyba nigdy nie przestał mieć nadziei, że w tym lub tamtym po prostu się omyli. Opanowawszy się po raz kolejny, powiedział:
– Powtórzę swoje pytanie. Czego ode mnie chcesz, H.?
– Już ci mówię, kochany – uśmiechnął się H. – Twoja “śmiała reinterpretacja” dwadzieścia lat później powoduje pewne… zawirowania, jak sam zresztą widzisz. Była umiejętna, ale rzeczywistość prędzej czy później upomina się o swoje. Janie Kastor, musisz naprawić efekty młodzieńczej bezmyślności.
– Powiedziałem chyba, że nie mam już kontaktu z Bogiem. Do niczego ci się nie przydam. Bardzo mi przykro. Możemy skończyć tę rozmowę?
– Nie możemy. – odparł krótko H. i milczał.
– Na co więc liczysz?
– Na twoje umiejętności.
– Po raz trzeci…
– Słyszałem cię świetnie, Bóg się od ciebie odwrócił. – przerwał mu H. – Na szczęście, Janie Kastor, nie odwrócił się ode mnie.
W tym momencie w Café Dziejba zgasły światła i ucichła muzyka. Zapadła ciemność pełna szeptów i pojedynczych śmiechów. Odcięli nam prąd, powiedział ktoś do kogoś, proszę pomóc rozdawać świeczki. Chwilę później w ciszy zapłonęły trzaski odpalanych zapałek.
Koniec części drugiej z czterech.
To tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Rozwiewaj śmiało głupie marzenia, śmiało buduj nowe.
Dziękuję za czytanie.
N.