Café Dziejba: Jan Kastor
Witaj.
Słowo wstępu
Oglądając ruchomą szopkę dochodzę do wniosku, że wyobraża ona postacie, które osiągnęły doskonałą równowagę. W codziennym życiu żywego człowieka proporcje namysłu i działania są często wyraźnie zaburzone na korzyść działania. W życiu szopkowych ludzi praca jest zespolona z namysłem, ruch z bezruchem, a rwetes z ciszą. Żadnego rozdźwięku, żadnego konfliktu. Tylko czysta medytacja.
Zapraszam do Dziejby i przypominam, że około 14 lutego rozsyłał będę Dziejbę Papierową, kto ma więc ochotę się załapać, tego zachęcam do kontaktu.
Tymczasem, miło jest mi móc przedstawić pierwszą część obiecanej opowieści.
Jan Kastor szedł chodnikiem, mając czterdzieści cztery lata i nad głową niebo szorstkie jak papier ścierny. Miasto gryzło go w płuca gorzkim powietrzem. Szedł nie szybko, ale pospiesznie, i nie był w stresie, był jednak w nerwach. To uczucie, że coś nim natarczywie szarpie, jakby pociągając za niewidzialne sznurki, towarzyszyło mu przez większość pamiętanego życia. Para z jego ust także wydobywała się w obłoczkach niepewnych, wypychanych na dwa-trzy razy. Taki już Jan jest, mówili o nim, trochę roztrzęsiony.
Dziś po pracy, a nie był to najlepszy dzień pracy, wrócił do domu, wziął prysznic, ogolił się, założył świeżą bieliznę, ubrany w bieliznę wyprasował spodnie, założył ciepłe jeszcze spodnie, wyprasował t-shirt, włożył ciepły jeszcze t-shirt, umył zęby, włożył sweter, buty, płaszcz, odnalazł klucze i telefon, i wyszedł.
Ulice niosły go lekko, choć wypełniał je szum opon i światła reflektorów, a kamienice tarły o siebie, drżąc z zimna, bo choć Jan był w nerwach, to był też w stanie zakochania. Nie był zakochany bez głowy, było jego zakochanie naznaczone dystansem i kalkulacjami, od których nie mógł się powstrzymać, ale i tak dawało mu ono zdolność patrzenia życzliwiej na przechodniów. W odpowiedzi na “jestem bezdomnym”, miał ochotę zatrzymać się i kupić bezdomnemu posiłek (czego ostatecznie nie zrobił). Widząc całującą się parę, stojącą na pasach, uśmiechnął się. A teraz, idąc do kawiarni Dziejba, trzymaną w kieszeni płaszcza dłonią wyczuł wibracje telefonu, wyjął go więc i zobaczył, że otrzymał wiadomość tekstową, a zaraz później drugą oraz trzecią. Ich treść informowała go, że Ona nie spotka się z nim dzisiaj, że Jan jest miłym i czułym człowiekiem, pewne jego zachowania jednak Ją niepokoją, i jest Jej bardzo przykro, ale nie zdecyduje się na kontynuowanie tej relacji. To był dobry czas. Życzy mu wszystkie najlepszego. Aha, Jej zdaniem warto, by Jan porozmawiał z psychologiem, choćby w kwestii tych lokali.
Jan Kastor zatrzymał się, by przeczytać te wiadomości, i tak, jak się zatrzymał, tak stał przez pewien znaczący czas. To, co w nim szybowało po przestronnym błękicie, zderzyło się z taflą szkła i zaczęło spadać przez warstwy chmur, które przerodziły się w kłęby dymu, zakaszlało smogiem, i uderzyło o bruk. Jeszcze lecąc, ujrzało za oknem czyjegoś balkonu pławiące się w ciepłym świetle szczęście.
Zziębniętą dłonią Jan potarł ogolony policzek. Jan pomyślał, że jest przecież dorosły, i to mocno dorosły, zdarza się, takie jest życie, ale jednak, cholera, boli go, jest mu smutno, samotnie i pusto, ale skontaktować się z psychologiem?, to jest jakiś żart? Eksplodowała w nim paleta uczuć, szybko jednak większość z nich przykrył gniew, który był o wiele łatwiejszy.
– I tak pójdę – warknął pod nosem.
Był ogłuszony i wściekły.
Z głośnej, ruchliwej ulicy D-skiego skręcił w mniejszą, która przez most prowadziła ku starówce. Jan przeszedł przez most, jednak gdy już z niego schodził, cofnął się i stanął przy balustradzie. Patrząc na czarne wody, oddalające się sennie, prowadził w głowie żywy dialog, pełen wyobrażonej, wewnętrznej gestykulacji, która w pewnym momencie przerodziła się w pojedynczy akt pantomimy, w której Jan zrobił taki ruch, jakby rzucał trzymany w dłoni telefon do rzeki. Telefon wypadł mu jednak z ręki i wpadł do rzeki naprawdę.
Jan uderzył płaską dłonią w balustradę i oparł na niej głowę.
Stał tak zgięty, a później powiedział i pomyślał, że pieprzyć to wszystko, i poszedł tam, dokąd miał pójść.
Szukając kawiarni, której adres znał, ale w której nigdy dotąd nie był, zgubił się jednak i zrobił to do pewnego stopnia celowo. Przez pewien czas po prostu skręcał to w lewo, to w prawo, ale nie mógł się zatrzymać. Lunatykował po obszarze ulic, ograniczonym granicami, które sam sobie narzucił, odtwarzając rolę węża z popularnej gry ze starych Nokii. Idąc, wzdrygał się co rusz pod płaszczem, z zimna i przez odruch. Coraz częściej odczuwał, że chodzi za samym sobą, aż w końcu trafił pod niewielki szyld Café Dziejba.
Wszedł do środka bez dalszego namysłu.
Przestrzeń za drzwiami wypełniona była intensywną atmosferą i dźwiękiem. Pachniało kawą, ale bardziej domowo, niż kawiarnianie. Muzyka grała spokojnie, a pod nią dźwięczał robotyczny szum drukarki. Drukarka stała w rogu i drukowała jeden za drugim czarno białe plakaty w formacie A4, takie jak ten, z którego Jan Kastor dowiedział się, że Café Dziejba istnieje, a także, że już niebawem nie będzie, które to plakaty teraz przepełniły już tackę drukarki i zsuwały się na ziemię wokół niej.
Brnąc przez gwar dotarł do lady i poprosił o latte, na co barista, który z tęsknym spojrzeniem wodził po sali, zawstydził się wyraźnie i powiedział:
– Jedynie czarna sypana, ewentualnie rozpuszczalna, którą możemy zabielić. – Wskazał na menu, na którym wszystkie pozycje zostały skreślone. – Musieliśmy sprzedać ekspres. Uwielbiałem go. Niestety, zamykamy się od przyszłego miesiąca.
– Ja wiem – pocieszył go Jan Kastor – tylko do takich kawiarni chodzę. – Zrozumiał, jak dziwnie to zabrzmiało, wymamrotał więc już tylko: – Czarną, sypaną, poproszę – i pospieszył do wypatrzonego wcześniej stolika, ostatniego wolnego.
Już siedząc nad kubkiem kawy, w miarę jak przyzwyczajał się do pierwszej warstwy płynących z otoczenia bodźców, zaczęły do niego docierać nowe spostrzeżenia. Po jednej z półek z książkami pięło się pnącze. Jan wstał i podszedł bliżej. Dopiero gdy znalazł się przy półce, zauważył mężczyznę, siedzącego na krześle przodem do niej i pijącego z butelki piwo.
– Gdybym wiedział, że dają tu piwo, też bym nie brał kawy – odezwał się Jan i zaśmiał niepewnie, przełamując swój introwertyzm.
– Sam je przyniosłem – odparł tamten.
– I pozwalają je panu tutaj pić?
– Powiedziałem, że jestem biologiem i przyszedłem popłakać – biolog spojrzał na Jana, jakby szacując jego wartość, i odwrócił wzrok. – Wie pan, że ta roślina to endemit? Rośnie wyłącznie w tej kawiarni. Nigdzie indziej nie przeżywa dłużej niż tygodnia. Nawet w laboratorium.
– To bardzo ciekawe…
– To tragiczne – odstawił butelkę na pusty stolik za sobą i oznajmił, że idzie się odlać, a Jan Kastor zapytał jego plecy, czy tragiczne dlatego, że kawiarnia się zamyka, na co tamten odpowiedział, że niby jak Jan myśli, i że tak wiele przepada.
Jan przysiadł na zwolnionym krześle i zapatrzył na roślinę.
Wyczuwał w tym miejscu klimat końca, który, jak lubił twierdzić, jest czysty i uzdrawiający, bo jest obcowaniem z rzeczywistością, która nie ma już po co prowadzić gry pozorów. Jest to więc klimat prawdy. Ale było tutaj też coś innego, co w pewnych czasach i okolicznościach Jan określiłby mianem anomalii o wysokiej wartości.
Godzinę później, gdy w pożyczonym od baristy notatniku kreślił długopisem rzędy zrozumiałych, jak mu się zdawało, tylko dla niego symboli, zagadnął go mężczyzna, który zajrzał mu przez ramię, przedstawił się jako H., i zapytał, co Jan rysuje.
– Zupełnie nic – skłamał Jan – bazgrzę.
– A, to przepraszam – H. uniósł dłonie w górę – po prostu przez chwilę myślałem, że próbuje pan przeliczyć wypadkową losu i przypadku, reinterpretując pewne dane wejściowe.
Jan Kastor doznał najsilniejszego tego dnia wstrząsu, bowiem owszem, dokładnie to próbował zrobić. Niepewnym gestem zaprosił H. do stolika.
Koniec części pierwszej z czterech.
To tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Niech dotyk rzeczy fizycznych budzi nas ze snu.
Dziękuję za czytanie.
N.