burza
Wchodzi Jan Kastor. Stoi na środku kawiarni i od razu zaczyna mówić, jeszcze nie w kierunku kogokolwiek, jeszcze nie w mocy społecznej grawitacji, której podleganie urzeczywistniłoby go jako bohatera. Zaczyna mówić tak:
– Wiem, że…
– Ale drzwi, drzwi! – krzyczy Osoba A.
– W tramwaju mieszkasz? – mamrocze Osoba B – Hołota…
Jana Kastora łączą więc powoli z otoczeniem nitki powiązań. Mamy osobę A, osobę B i drzwi. Jak pies, którego smycz gwałtownie skrócono, Jan skacze w kierunku drzwi, które zostawił wcześniej otwarte, i domyka je. Odcina tym samym siebie i wnętrze od zjawisk pogodowych, jakie w rozbłyskach barw dzieją się na zewnątrz, napływając z dalekich oddali i kulminując nad miastem. Czyn ten, zamknięcie drzwi, przypomina mu, że ma do zrobienia aż cztery inne rzeczy, których wykonanie może, ale tylko może, uwolni go. Bo jest teraz więźniem, i to jest pierwsze z zadań – opowiedzieć światu o tym, co zrozumiał. Zadanie drugie – zwrócić i zwerbalizować uwagę na otoczenie, w którym się znajduje, aby cokolwiek miało kształt, miejsce, kontekst, zwał jak zwał. Trzecie zadanie – nakreślić siebie jako człowieka, by móc stać się obiektem empatii. I czwarte – wytworzyć jakieś dzianie się, jakieś posuwanie się do przodu i presję, choćby w sposób naciągany i sztuczny.
Za oknem, które nie jest wielkie, wybłyskuje fioletowo żółty podmuch, który na moment rozświetla kawiarnię i twarze ludzi w środku. Ludzie mówią “ooo”, chóralnie. Jan szybko odwraca głowę i ciało. Jego włosy, a ma włosy długie do połowy pleców, blond i proste, i jest szczupłym wysokim chłopakiem o wąskiej twarzy, ale szerokich ustach, włosy więc jego, gdy obraca on szybko głowę, układają się na chwilę w szeroki wachlarz. W kilka sekund po błysku w okno uderza huk grzmotu. Ludzie wzdrygają się, synchronicznie. Jan także. Widzi siebie w odbiciu w małym okienku w drzwiach i widzi, że kiwa głową, i kiwa bardzo rytmicznie, i ma to sens, bo jest to kawiarnia techno. W rogach pomieszczenia stoją kolumny wielkie jak silniki od lokomotyw, bas cicho dudni po stolikach, wnętrze jest ciaśniutkie, malutkie, duszne i niskie. Za oknem znów błyska, a grzmot następuje jakby szybciej po błysku, niż ten poprzedni, co oznacza, że ta dziwna burza zbliża się, a dla Jana ta burza to unicestwienie, bo ona nadchodzi, by go dopaść. Konkretnie osobiście jego. I gdy tylko błysk zrówna się w czasie z grzmotem, to będzie to błysk, który wbije się w Jana, wczepi w niego świetlisty hak i boski rybak zacznie nawijać na kołowrotek żyłkę sprawiedliwości.
To tekstem pomyślawszy, Jan odhacza poniekąd zadanie czwarte.
Ponawia teraz próbę odezwania się
– Wiem, że… – mówi i zawiesza głos, bo sam już czuje, że w społeczeństwie wypada udawać, że się nie zwykło mówić do siebie samego – przepraszam państwa, jestem jakiś nie swój – kończy i znajduje sobie wolny stolik.
Trze spocone czoło, przeczesuje włosy wszystkimi dziesięcioma palcami. Wstaje. Przygładza t-shirt. I teraz już świadomie w pustkę, nie patrząc na nikogo i przełamując opór, zaczyna mówić:
– Wiem, że jestem jedynie czymś w rodzaju pretekstu. To, co powinno być mi najbliższe, moja tożsamość, dawane jest mi i odbierane bez żadnych skrupułów. Jakbym był… jakbym był kartą pamięci, na którą można wgrać dane, a później je po prostu nadpisać. – Ścisza głos. – Dzisiaj na przykład, kiedy tylko wstałem rano z łóżka…
Milknie.
Znów błysk i Jan myśli, że to trochę tak, jakby ktoś właśnie zrobił mu zdjęcie z fleszem, i że ciekawe, jak takie zdjęcie wyglądałoby w czarno-białej gazecie, zdjęcie, na którym on stoi pośrodku kawiarni i mówi w pustkę. Wtedy, przy innym stoliku, rozlega się zgrzyt krzesła o podłogę. To na równe nogi zrywa się tęgi mężczyzna o nagim torsie. Na jego owłosionym delikatnymi włoskami przedramieniu błyszczy bransoleta popularnego modelu zegarka firmy Casio. Janowi zdaje się, że zna tego człowieka, kojarzy go, tak jakby spotkał go gdzieś jeden raz, może tydzień temu, a może nigdy. Półnagi mężczyzna mówi:
– Ja cię doskonale roz…– i zagłusza go grzmot.
Gdy grzmot cichnie, mężczyzna sprawia wrażenie, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko kłania się nieznacznie, przysuwa sobie krzesło bliżej podudzi i siada. Janowi Kastorowi jest lepiej z myślą, że ktoś go rozumie, ale wtedy znów pojawia się błysk, który tym razem nie jest błyskiem, tylko długą falą światła, które nie gaśnie, które za to wyłamuje języczek klamki w drzwiach i wpada do wnętrza, niby rozżarzona stalowa lina, zakończona harpunem.
Harpun celuje prosto w serce Jana — ale nie trafia go.
Zamiast tego, muska jego t-shirt i wbija się w jedną z kolumn głośnikowych. Jan stoi. Dotyka miejsca na brzuchu, gdzie poczuł otarcie harpuna. Ludzie w kawiarni mówią “ooo”, chóralnie. Lina ma grubość dwóch palców i jaśnieje przez wnętrze kawiarni. Jan idzie wzdłuż niej ku drzwiom i wychodzi na zewnątrz, gdzie burza ucichła i cicho śpią kamienice. Lina zaraz za drzwiami zakręca w górę, Jan patrzy więc wzdłuż niej, bardzo daleko w górę, i widzi na jej końcu twarz i, nie może w to uwierzyć, jest to twarz, która jest równie zdziwiona jak jego własna, a należy do…
Tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Pij dużo. A także – excelsior.
Dziękuję za czytanie.
N.