Al Dente
Ostatnimi czasy czas faluje od palących go promieni słońca, nagrzewa się do tego stopnia, że trudno go dotknąć. Trzeszczy od napięć, pęka w słabszych punktach. Ale jest miło. Półcentymetrowe jabłka mają już na sobie cień czerwieni.
Próbuję chyba napisać, że nie mam nowego tekstu. W ramach rekompensaty przychodzę z luźnym tekstem sprzed kilku lat. Oto on…
Przyszedł w jego życiu moment, gdy zrobił się bardzo świadom tego, że tykanie zegara to dwa naprzemienne dźwięki, a nie jeden powtarzający się.
– Panie Prezydencie? – (głos z tła zdarzeń, należący do kobiety)
Od tego momentu nie potrafił już na dłużej niż kilka chwil odgonić myśli, wracającej jak eskadry bombowców dalekiego zasięgu po odbyciu kolejnej sesji skutecznej komunikacji z jakimiś wieśniakami z górzystych rejonów Cholernej Dziczy (Ale Pełnej Rentownych Plantacji Narkokartofli). Myśl była taka: z tej dwubieżności mechanizmu zegara płynie jakaś lekcja, potrafiąca przebić się przez rozczarowującą pospolitość całej skrzesanej dotąd w kosmosie mądrości – tylko jak ta lekcja brzmi?
– Panie… – ponowiła kobieta.
– Słyszę – odparł szorstko Prezydent Al Dente. – Nie chce mi się teraz o tym myśleć, Żesiko.
– Al, posłuchaj… – zaczął niepewnie mężczyzna w swetrze w warkoczowy splot.
Mężczyzna, Potter Dżambo, był ministrem marynarki wojennej. Prezydent Al Dente chwalił już kilkukrotnie jego kremowy sweter, co do którego Potter Dżambo upierał się, że jest on w kolorze off-white. Potter Dżambo, Prezydent Al Dente i Żesika Jakaśtam (Al Dente kiedyś pamiętał jej nazwisko, a później dla zabawy zapomniał) siedzieli w trójkę przy kawiarnianym stoliku, który był mały i kolebał się. Prezydent Al Dente kolebał się za to w swoich myślach. Wbił widelczyk w napoczęty już kawałek brownie i przeniósł porcję ciasta do ust. Rozciapując w ustach słodką, czekoladową przekąskę zadał sobie pytanie, będące Pytaniem Drugorzędnym w stosunku do Pytania Pierwszorzędnego: czym jest ten niepokój, który tak go dręczy i destabilizuje mu rząd, sprawowany dotąd sprawnie nad umysłem i ciałem? Niepokój psuł każdą dobrą chwilę i smak brownie, cały czas dawał o sobie znać i zwracał uwagę, brudził sumienie, wył irytująco, był jak obracające się na horyzoncie śmigła turbin wiatrowych, z których, z powodu nakładających się na siebie kwestii (1) zupełnego zaniechania serwisowania owych turbin oraz (2) globalnego rozdmuchania klimatu, średnio jedna w tygodniu ulegała rozpędzeniu ponad granicę tolerancji, i albo (wariant łagodny) dezintegracji, której następstwem było uderzenie w krajobraz deszczu rozpędzonego metalu, albo (wariant gorszy) trudnym do wyjaśnienia kaprysem fizyki, oderwania się w całości od głowicy wiatraka i przejścia w poziomy lot koszący, którego konsekwencją bywała nierzadko anihilicja którejś z ruralnych osad wraz z osadnikami. Prezydent Al Dente widział nagrania z tych rzezi, nagrania dziwnie hipnotyzujące, na których widać było i słychać, jak sprawiająca wrażenie natchnionej wolną wolą turbina, z wyciem i chrzęstem gromionych domów i stodół, dokonuje masakry, po czym oddala się z miejsca zbrodni i popelnia samobójstwo, wytracając impet gdzieś w lesie.
– Potter, to ty mnie, ałhmosłuchaj – powiedział Prezydent, poświęcając zrozumiałość komunikatu na rzecz dopchania się ostatnim kawałkiem brownie. Odrzucony widelczyk zabrzęczał o talerzyk z logiem Nowego Zjednoczenia, przypominającym do złudzenia symbol yin-yang, tyle że o niezauważalnie ale drażniąco zaburzonych proporcjach – Jak powiedział kiedyś, aemm, Naphta, “jeśli nuklearna zagłada…”, albo nie, to był Settembrini, “jeśli zagłada ludzkości, to tylko w obronie cywilizacji”. I tego się trzymajmy, tak? Jakby, standardy, moi kochani. Trzeba mieć je.
Stopklatka i historyczny kontekst: Kawiarnia Coffee Dreams, sobota, godzina 10:38. Oblegana miejscówka śniadaniowa, część gości czeka na zewnątrz, mając nadzieję na wolny stolik. Rozcierają zgrabiałe dłonie, wciskają się głębiej w swoje płaszcze. Dym papierosów spływa chodnikiem. Powietrze ma kolor szaroniebieski, jak to w mroźne ale bezśnieżne dni, całe jest trochę przymrożone i zeszklone. Kawiarnia znajduje się tuż przy Placu Prosperity. Placem chodzą ludzie, bez dzieci i z dziećmi, kiepski grajek rzępoli na skrzypcach gdzieś po jego drugiej stronie. Mało kto siada na oszronionych ławkach. Słońce rzuca aż pod schodki kawiarni cień nieczynnej fontanny, którą zdobi figura anonimowego konia. Plac zamykają ze wszystkich stron zaspane kamienice. Wzdłuż kamienic przesuwają się pojedyncze elektryczne samochody, szumiąc cicho. Za dużą szybą kawiarni wydaje się być ciepło i przytulnie, choć też dość tłoczno. Kelnerki uwijają się wśród gości, ci dyskutują energicznie, przepraszają siebie nawzajem za potrącenia i szturchnięcia, rozglądają za swoimi śniadaniami, podglądają co biorą inni i czy to lepszy wybór niż ich własny. Wśród około czterdziestki stłoczonych w środku osób, piętnaście to członkowie rządu Nowego Zjednoczenia, którzy, od momentu słynnej budżetowej pomyłki, przezwanej później przez opinię publiczną mianem Lapsusu47, zmuszeni są zbierać się po kawiarniach i ogółem gdzie-się-da, jako że Lapsus47, mający miejsce w roku 2047, polegał na wydzieleniu w budżecie kwoty w wysokości równo zero unitarów (w przeliczeniu na stare amerykańskie dolary: zero dolarów) na cele utrzymania budynków i infrastruktury rządowej w kolejnych pięciu latach, co z kolei doprowadziło do tego, że, wśród ośmiu osób czekających przed kawiarnią, czterej to również ministrowie czegoś, choć sami nie są już prawdopodobnie pewni czego. W kwestii departamentaryzacji namieszał ongiś nieco Lapsus39.
– Panie Prezydencie – Al Dente nie przepadał za głosem Żesiki, który brzmiał podobnie do dźwięku przesuwania palcem po szybie, ale cenił sobie jej rozwagę i trzeźwość myślenia – myśleliśmy z Potterem o pewnym wyjściu z Narkokartoflowego Kryzysu – (Żesika, Potter ani Al nie wiedzą jeszcze, że pewne wyjście okrzyknięte zostanie po czasie przez ocalałych mianem Apoka-lapsusu) – i nie chodzi nam wcale o bezpośrednie uderzenie atomowe w Zjednoczoną Przeciwność.
– To dopsze – odparł Prezydent, próbując wypchnąć odrobinę brownie spomiędzy dziąsła a policzka – bo to byłoby, kochani, przegłupie. Zet Pe musi od nas kupować Narkokartofle i wierzyć, że my je sprzedajemy najtaniej jak możemy, a Wieśniacy muszą wierzyć, że my je od nich kupujemy najdrożej, jak możemy, a-dodat-kowo – Al Dente nabrał powietrza, by mieć co modelować językiem w monolog – dobrze by było, gdyby podaż wewnętrzna nie spadła, bo to by mnie, i, zakładam, nas wszystkich, zasmuciło.
– Tak, Al – pokiwał głową Potter, obciągając sweter w kolorze off-white – No więc, słuchaj tego. Uderzenie atomowe, ale w… Dolinę Bismaku.
Al Dente wpadł cały w siebie, tak go to uderzyło albo oświeciło. No tak. To było to. Myśl tak czysta, że zespajała w całość podwójne tykanie zegara, i dwie półkule mózgu Ala, i ogółem różne mniej lub bardziej metafizyczne dwoistości. Al Dente zrozumiał nagle, że w całym życiu posługiwał się kryteriami, które wydały mu się teraz absurdalne, choć nie wiedział nawet, jakie te kryteria były. Dość powiedzieć, że Ala Dente opadł egzystencjalny kryzys, ale z rodzaju tych, mających w sobie coś z mostu ku nowemu. Myśl Ala, wiedział to teraz, nie była nigdy dość śmiała, dość własna, dość wolna, dość godna człowieka, żeby móc w ogóle dotknąć czegoś, co poza człowieka wykraczało. Ale teraz, gdy Al wiedział już o tym, otwierały się nowe horyzonty. Horyzonty poszukiwania myśli zupełnie innych, takich, o których tworzenie Al nigdy wcześniej by się nawet nie podejrzewał. To było tak wyzwalające, że, po krótkim zaniemówieniu, krzyknął z radości i klasnął w ręce.
– Ha! Więc uderzenie samobójcze? Genialne! – pochwalił, prostując się z ekscytacją na krześle – W jakim celu? Jak to zadziała? Mówcie, mówcie!
Potter i Żesika popatrzyli po sobie.
– Cóż… – zaczęła Żesika – mamy nadzieję, że uderzenie w Dolinę Bismaku nie przyniesie nam żadnych poważnych szkód gospodarczych, ucierpi co najwyżej kilkanaście wsi i dzikich osad…
– Nieważne, i tak je wytępią prędzej czy później wiatraki! – ponaglił Al, szczęśliwy jak dziecko.
– Zgadza się – przytaknęła Żesika – a mamy nadzieję, że uderzenie w tamto miejsce zostanie odczytane jako nieudane uderzenie w Cholerną Dzicz, co z kolei zwalimy na Zbuntowanych Prawosławnych, i ich rzekomą chęć destabilizacji naszej gospodarki, co z kolei…
Al Dente teraz już wprost nie mógł wytrzymać.
– Zaowocuje – dokończył sam – tym, że i tak już wściekli na Prawosławnych cwaniacy z Zet Pe, przystaną na nasze ceny Narkokartofli, jeśli tylko zgodzimy się wspomóc ich w walce z Prawosławnymi, w której oczywiście nie pomożemy, bo…
– Bo Prawosławni chcą naszych tańszych Narkokartofli – podsumował z dumą na twarzy Potter – a w zamian za utrzymanie cen, będą udawali, że zadajemy im ciężkie straty, a my może nawet poudajemy trochę, że oni zadają straty nam. Nieźle, co?
Al Dente uśmiechnął się do swoich doradców, a oni odwzajemnili uśmiech. Kelner zebrał talerzyki ze stołu, a Al Dente uśmiechnął się także do niego. Oczyma wyobraźni zobaczył sunącą przez nocne niebo smukłą rakietę z wypaczonym symbolem yin-yang, niosącą piękny, synchronizujący wszechświaty, ładunek nuklearny, który Al Dente już teraz odczuwał jako jakieś wielkie katharsis i oczyszczenie świata z problemów. Huk wybuchu drgał mu w uszach, blask detonował nocne niebo, a lepsza przyszłość obracała się dłoniach Ala Dente jak dziecko z balonikiem na Placu Prosperity. Kilku gości opuściło kawiarnię, dzwoniąc staroświeckim dzwonkiem przy drzwiach, a do środka, z miną pełną radosnej nadziei, wepchnął się Pavlo Jurkis, który, jak sobie niedawno przypomniał, zajmował stanowisko ministra ekologii. Pavlo nie mógł się doczekać, aż uda mu się porozmawiać z Prezydentem Alem Dente. Pavlo miał plan, który ekscytował go od wielu dni, a który zakładał restaurację wilków, jego ukochanych zwierząt, w Dolinie Bismaku, gdzie, jak ocenił, panują doskonałe wręcz dla nich warunki bytowe. Pavlo nie wiedział jeszcze, że Al Dente, aby zrobić mu przyjemność, zgodzi się na ten plan, a plan, co ciekawe, nawet uda się, do pewnego stopnia i na pewien (dość krótki) czas, wprowadzić w życie.
To tyle ode mnie na dziś.
Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).
Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w kolejną środę.
Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!
Co w tobie dojrzewa, gdy wieje piękny wiatr?
Dziękuję za czytanie.
N.