a tam siedzą ludzie i patrzą w przestrzeń

Wchodzę do poradni lekarskiej, a tam siedzą ludzie i patrzą w przestrzeń. Nie wydają się cierpliwi ani niecierpliwi, tylko po prostu tam są, jakby po prostu gdzieś być nie było niczym strasznym. Nieśmiało, mnąc w dłoniach swoją kartotekę jak czapkę, zbliżam się do recepcji, gdzie zostaję ciepło poinformowany, że mam sobie usiąść (tu rozglądam się nerwowo) i że moja kolej przyjdzie po wszystkich innych ludziach (tych, którzy już tu są, i tych, którzy mogą jeszcze przybyć, a mają, w przeciwieństwie do mnie, zapis na konkretną godzinę). Jedna z osób w poczekalni mówi, że opóźnienie jest już ponadgodzinne. Nie mówi tego z frustracją, oczywiście. Nie taki to jest rodzaj ludzi.

Wszystkie krzesła są zajęte, ale w głębi ciemnego, pustego korytarza, odchodzącego od poczekalni, widzę schodki o dwóch stopniach. Idę tam i siadam. Jestem dziwnie spięty. Nerwy brzęczą w moim ciele jak śrut w butelce. Każdy dźwięk otwieranych drzwi wstrząsa mną i porusza śrut. Korytarz jest ciemny i pusty, co już mówiłem, a stopnie bardzo niewygodne. Po paru minutach odróżniam dźwięk drzwi wejściowych do poradni i drzwi gabinetu doktora. Ten drugi witam z ulgą, bo zwiastuje postęp, ten pierwszy przeklinam, bo te drzwi wpuszczają nowych ludzi. Z dziwnych szacunków – z perspektywy, przesadzonych – wychodzi mi, że mam przed sobą około trzech godzin tych warsztatów ze stoicyzmu. Szczęśliwie mam ze sobą książkę, i to dobrą książkę. Zaczynam czytać.

Czytam z uwagą, choć moja uwaga co chwila wstaje, robi kilka kroków po korytarzu i siada znów ze mną. Raz za razem zmieniam pozycję na schodach. Wspieram pięty o pionową część stopnia, wciskam pod pośladki kurtkę, później płócienną torbę, w której jest teczka z moją medyczną dokumentacją, a także z płytą CD, która jeśli się złamie o krawędź stopnia, to już trudno, tak sobie myślę, po czym zmieniam pozycję raz jeszcze, tym razem na równoległą do stopni. Ale nie mogę być taki nerwowy, bo nie chcę taki być, to po pierwsze. I nie taki rodzaj ludzi zjawia się tutaj, to po drugie.

Jedno, co przychodzi mi do głowy, to by napisać tekst o magnoliach.

Pomysł na ten tekst przyszedł mi w nocy, w przedśnie, i w nocy wstałem i zapisałem pierwsze jego zdanie, by nie uleciało: Zakwitły niedbale magnolie. Notatka zawierała też kilka wskazówek na temat dalszego rozwoju utworu. Teraz mam czas by go dokończyć, choć nie chciałem, siedząc tutaj, wpatrywać się w ekran, ale nie dam rady układać go w głowie, jak jakiś Sołżenicyn. Mam do zrobienia jednak jeszcze jedną rzecz, mianowicie: wyprowadzić się z tego stanu wzburzenia.

Zmieniam pozycję na schodowy półlotos. Przymykam oczy. W korytarzu jest kojąco niejasno. Główne światło tutaj sączy się z przeszklonych drzwi, zamykających tylne wejście do budynku. To ono służyło mi do czytania. Zaciskam powieki mocniej. Mam dziwny rytm oddechu. Odpinam ściskające mi brzuch pasy i oddech mój najpierw łapie powietrze nieporadnie, ale zaraz rozfalowuje się przyjemnie. Gdzieś za ścianą przelatują z sykiem komety samochodów. Gra radio, ale daleko. Rozpoznaję Złote Przeboje. Z wesołą recepcjonistką rozmawia mężczyzna.

„A co panu się dzieje?”

„Kaszel. I nie mam pojęcia od czego, z rana mnie po prostu zawsze łapie.”

„Ale kaszel to ja też mam rano, to powiem panu, co to jest, to jest suche powietrze. Ma pan takie, co pokazuje, ile procent?”

„Nie mam…”

„Ja w sypialni mam dwadzieścia procent, to jak wstanę, to nie mogę oddychać, muszę szklankę wody zaraz.”

„Ale ja dopiero, wie pani, jak wsiądę do samochodu”

„Można się rozebrać!” (z innego pokoju, głośno, jak do głuchego)

„A to klima, no pewnie, kiedy pan wymieniał te… filtry?”

„No jakoś rok temu.”

„A widzi pan, zresztą kaszlu jest tysiąc powodów.”

„No tak, dziękuję pani, wszystkiego dobrego.”

„Można się ubrać!”

„Wszystkiego dobrego.”

Otwieram oczy, by zobaczyć, że poczekalnia powoli pustoszeje. Może wejdę szybciej, niż się tego spodziewałem. Jest to połowicznie rozczarowujące, bo właśnie zaczynałem już słyszeć wibrującą w ścianach głoskę Om.

„A gdzie jest ten młody, co miał czekać?”

No jestem tu, jestem, biegnę już korytarzem ku strefie światła, doktor zaraz mnie przyjmie, chociaż może ważniejsze jest, że zakwitły niedbale magnolie. Ale jak one zakwitły?

Czy magnolia kwitnie jak życie bon vivanta? Nie patrząc na ludzi ani czasy, rozrzuca ramiona płatków w wystudiowanych pozach, przyciąga do siebie i odpycha, jest Witkiewiczem i Gauguinem, tak, szczególnie tym drugim i szczególnie biała magnolia. Czy jest pewna swojej sztuki, gdy wykręca palce jak w artystycznym tańcu, swojej nowoczesnej sztuki, czy upaja się i sama truje nienasyceniem, wzdychając z betonu miast do nagich ciał z egzotycznych wysp? Nie, nie tak kwitnie magnolia – to był tylko pretekst do wodolejstwa.

Czy więc kwitnie jak barwy na skrzydłach motyla albo moralność głupka, pięknem o innej celowości, pięknem bez celowości, ale też pięknem wycelowanym w zwrócenie uwagi, ale nieświadomym? Coś w jej silnych płatkach mówi mi, że jej kwitnienie to tylko przelot, że ten biały obłok naniósł na gałęzie marcowy wiatr, i że to nie jest prawdziwe drzewo ani krzew, tylko symbol czegoś smutnego, z czego rodzi się wiosna. A może chodzi o to, że ja magnolii nie potrafię w pełni zrozumieć.


Będzie mi miło, jeśli podzielisz się tym newsletterem z kimś, komu może się on spodobać (możesz przesłać mu ten link).

Kolejny list dotrze do ciebie, być może, w przyszłą środę.

Zachęcam też do zapisu na newsletter Dominiki (szeptanechwilkami.pl) 🍂!

A magnolie może kwitną do księżyca.

Dziękuję za czytanie.

N.