6. Zwrot Dziejby
Nietakt:
Uczucia w świecie ludzi stygną jak woda w bali, w której skąpali z siebie żałość ludzie świata. A teraz – do dziejby.
#1
Jawi ci się we śnie klatka schodowa pełna dymu i piersiowa pełna dymu, i dym pełen duszy. Jawią ci się drzwi z wizjerem i wydrapanym znakiem krzyża. Za drzwiami czeka Znakor. Ta świadomość także jawi ci się we śnie. Znakor czeka na ciebie, ale spiesz się, bo choć przebił on myślą wszystko to, co wprowadza zaduch w głowy Bożych istot, to jednak wiedza jego przystaje do świata tylko dzisiaj – nie będzie robić tego jutro. To mówi głos, co brzmi złowieszczo jak wojskowa syrena, budzisz się więc z bólem strachu. Siadasz na łóżku.
Siedzisz w sypialni swojej kawalerki. Na ścianie nie wiszą żadne obrazy. Jest tylko pojedyncze łóżko, lampa z papierowym abażurem, zaniedbana sansewieria na białym parapecie i kremowy dywan, o którego czystość dbasz. Wcierasz w niego piankę czyszczącą raz w tygodniu i pozbywasz się każdej z plam. Parapet jest zakurzony, leżą na nim truchła dwóch much i komara. Z okna toczy się widok na przykre twoim oczom bloki i plac zabaw. Albo: plac zabaw i cierpień, jak lubisz w myślach żartować, patrząc z niechęcią na codzienne dziecięce rozpacze.
Okno jest uchylone, pora bardzo wczesna. Tak wczesna, że słońce już zaczyna dzień, ale społeczeństwo, z wyjątkami, nie. Chłód zaczepia twoje ramiona, plecy i prawą nogę, bo te części ciała masz odkryte. Przez uchył okna wlewają się do wnętrza wiosenne ptaki i bzy.
Wychylasz się za krawędź łóżka i ręką odnajdujesz przewróconą półtoralitrową butelkę wody – wygrzebujesz ją spod czarnych jeansów, które zrzuciłeś z siebie wieczorem. Butelka jest do połowy pusta, i nie zamierzasz interpretować jej inaczej. Prostujesz się z nią w dłoni, twój kręgosłup chrupie w dolnym odcinku, co niesie ulgę, stękasz, odkręcasz butelkę, pociągasz łyk wygazowanej ciepłej cieczy, i myślisz, że musisz odnaleźć Znakora, by odnaleźć brakującą resztę swojego życia. Może on podpowie ci, do czego może być kluczem czekająca w kieszeni jeansów łuska. A za oknem coraz jaśniej.
Ale wyleć wróblim lotem, napuszonym i zaspanym, i opuść szary niedomiar osiedla H-kiego. Skieruj się ku matni arterii – ku sercu metropolii.
#2
W sercu metropolii, w Café Dziejba, zamieszanie wrze i porusza stoliki. Jan Kastor i Henryk Wald spoglądają po sobie. Jan Kastor nie ma pojęcia, jakie jest źródło powstałego zamieszania. Widzi, że Henryk Wald także. Wstaje więc i podchodzi tam, gdzie zebrali się pozostali dziejbowicze. Przez ślepe okna, przez które nikt nigdy nie wygląda, sączy się światło poranka.
Dziejbowicze tłoczą się na środku pomieszczenia. Z piskiem i łomotem odsunięto stamtąd stoliki i krzesła. Słychać pomruki, ale nie gwar. Jest to niecodzienność. Przeróżnego autoramentu goście, trzymający się zazwyczaj swoich grupek, zmieszali się teraz ze sobą i zwarli w intersubiektywnym oniemieniu. W zaistniałym zwarciu Jan Kastor dostrzega także dwa brązowe fartuchy kelnerek, a nad fartuchami ich spięte w kucyki włosy. Wszyscy spoglądają w górę, więc i Jan Kastor spogląda w górę.
Monstery, skrzydłokwiaty, kilka sztuk epipremnum i philodendronów, i olbrzymia paproć chłoną światło i zachowują spokój. Trwają w swoim tempie życia, rozstawione po kątach. Ich liście są w odcieniu zieleni ciemniejszym od ich rosnących poza Dziejbą krewnych. Kwiaty Dziejby wyrosły na zapachu kawy i nim po części się stały.
Jan Kastor czuje ciepło stłoczonych ciał. Widzi, że wszyscy unoszą głowę w górę, więc i on to robi. To, na co patrzą inni, a na co teraz patrzy i Jan Kastor, to wymalowany czerwoną farbą lub inną substancją tej barwy napis. Napis brzmi: ZWROT KU. Litery wypisano grubą warstwą krwistego atramentu. Są duże i stosunkowo dokładne. Bardzo czytelne. Przykrywają wiele innych, znacznie mniejszych, słów i zdań, którymi już wcześniej pokryty był sufit Café Dziejba. Jan Kastor jest przekonany, że tego napisu nie było tutaj, kiedy wszedł do kawiarni. A przecież wszedł do niej… kiedy?
To pytanie zawirowało na skraju jego świadomości jak podrzucony wiatrem liść, opadło jednak zaraz na pobocze wydarzeń bieżących.
Chwilę później siedzi już przy swoim stoliku. A raczej – przy stoliku, który uznał z czasem za swój.
– Janie Kastor – mówi Henryk Wald głosem aktora teatralnego – no i co o tym sądzisz?
Jan Kastor kręci głową, w której nie może poukładać niczego w sens. Spogląda przez ramię, by rozejrzeć się po wnętrzu Café Dziejba. Stoliki wróciły na swoje miejsca, rozgorzały za to debaty. Przy jednym z nich, oddzielonym od Jana Kastora dwoma innymi, wybucha kanonada szczerego rechotu.
– To lwy ryczą w wiwariach… – mruczy Henryk Wald.
– To cytat?
– Quo Vadis.
– Aha. Co to za ludzie? – wskazuje głową na rozrechotany stolik Jan Kastor.
– Poeci.
– Poeci?
– Uważaj na nich. Żmijowe plemię.
– A ci, co ich teraz besztają?
– Chrześcijanie. Z zasady nieszkodliwi, ale fanatyczni w swojej nieszkodliwości – komentuje Henryk Wald.
Jan Kastor wskazuje głową na stolik tuż obok Chrześcijan, przy którym siedzi dwójka zmęczonych mężczyzn i jedna kobieta w obszarpanych strojach, na oko pochodzących z ubiegłej epoki.
– A ci? – pyta cicho.
– To Ludzie Nocy. Kiedyś może zagadniemy ich o to, co widzieli w życiu. Ale daj im dziś odpocząć. Proszę.
#3
(dialog kelnerek podsłyszany przez portafilter)
– Uwierzysz?
– Ledwie. Szalone, prawda?
– Myślisz, że to psikus któregoś z naszych?
– Naszych pacjentów?
– Dobre!
– Nie wiem. Byłyśmy tu cały czas, nie?
– No właśnie.
– No właśnie.
– Wiesz, co myślałam ostatnio?
– Wiem.
– Tak?
– No co ty…
– No dobrze, to myślałam sobie, że dlatego się dzieją popieprzone rzeczy na świecie, że ludzie zwracają na nie uwagę.
– Okej…?
– Czekaj, to brzmiało mi lepiej w głowie.
– Nie wątpię. A ten nowy, co sądzisz?
– Kastor?
– Aha.
– Typowy dosyć chyba, zostanie pewnie dłużej, nie?
#4
Trzy żółte kwiaty, wyrosłe między tektoniką brukowej kostki, mają sobie do powiedzenia tylko tyle, ile podarowało im wspólne cierpienie.
Rozgłos:
“Och, staramy się maksymalnie wykorzystać części ze zniszczonych instrumentów do naprawiania tych wyglądających przyzwoicie. Bezużyteczne elementy najpierw składujemy tutaj, te niepalne ostatecznie lądują na śmietniku. Pudła, po wybebeszeniu, idą do spalenia. Nasz magazyn ma tak dużą powierzchnię, że zimą koszty ogrzewania, czy to prądem, czy ropą, by nas zjadły. O tam, to wlot pieca. Dzięki spalaniu starych fortepianów inne dostają szansę na przetrwanie.” (Chiang-Sheng Kuo, Stroiciel fortepianów). Nie żałuj wieczornych chmur, pięknych ponad wyobrażenie. Znikanie to ich forma. Patrz uważnie jak giną, a poznasz świat.
Café Dziejba #6 nadeszła z późnym, chłodnym wiatrem czerwca. Café Dziejba #7 może wybrzmieć lub nie wybrzmieć 1 lipca 2024. A teraz, niech chmury pełne duszy, i dusze pełne duszy, tulą nas do swoich piersi.
Dziękuję za czytanie.
N.