5. Pole semantyczne
Przedtakt:
Nawrót Chłodu jest pewny. Ciemne strony planet pełnych życia i ludzi pełnych dobra – w nich mieszka drżenie. Tylko w samotności pozwalamy sobie opłakiwać siebie. Tylko, gdy jesteśmy sami, podobni jesteśmy do siebie samych. A Bóg, nawet ten nieistniejący, jest kartką, na której spisujemy nasze życia. Łakniemy jego uwagi, dając ujście żalom.
#1
Siedzisz na wytartej kanapie. Siedzisz na szpilkach, którymi przypięta jest do płaszczyzny czasu twoja podobizna. Wpatrujesz się w [zakreślone gniewnie długopisem]. To gorzej niż w pustkę. Ale tamta kobieta. Co z nią?
#2
Plemiona są głodne krwi, przyznaj. Szamani otwierają oczy w sercach lasów. Drży ziemia od bębnów. O znaczenie dawnych ksiąg płyną modły, płyną aż sięgną pochowanych po pustelniach anachoretów, którzy raz jeszcze rzucą w struny świata wielki zaśpiew. Rzekami płynie krew, popiół i opiłki metalu. Oto zmiany stają się zbrodnią i karą, i miodem pokoleń.
#3
Tak łatwo dawać odpór, czując czułą dłoń w dolinie łopatek. Napór i odpór. Oceany Chłodu i klify Ciepła. Sens, miłość i piękno, to rzeźby w bryle samotności.
#4
Nie ma takich szczytów, na których nie zachodzi słońce, w które nie dociera zły wiatr. Oto mądrość starych kozic, które zeszły do jaskiń, by tam palić ogniska i śpiewać dzieciom. A strome stoki nadziei niech prowadzą je w lepszy świat.
#5
Stoję na brzegu rzeki, na brzegu prawdy, na brzegu, bezsens. Boli mnie krtań od rozterek, boli piekielny krąg czeluści duszy. Wątpliwości, strach, samotność, myśli przelatujące jak ptaki, ale jakie ptaki? Obserwuję myśli, obserwuję ptaki, nie klangor, nie wróbli rwetes, tylko myśli-ptaki-złe-wszystkożerne. Żrą wszystko, żrą jak rdza, jak sporysz zboże, pustoszą ciepłe kraje, obrzydzają zimne, plugawią wody czyste, trują źródła złym słowem niewypowiedzianym na głos, a implodującym w sczerniałą pluskwę strachu, lęku, zalęku, zarodka końca w świetle odbitym od pozbijanych luster, zalegających na dnach, dnach, dnach. Najpiękniejsze jeziora mają dna słane truchłem, jest mi wszystko jedno, jakby wszystko to było jedno, a nie jest. Nic nie jest trwaniem oprócz bycia martwym, zespolonym w zamknięte dzieło prymitywnej sztuki, w niezrozumiały symbol, ale i to nie jest ważne, bo do pewnego momentu boli bardziej życie niż śmierć. Piękno rozkłada się tak samo jak brzydota, pochyl pomnik a spod niego wypełznie robactwo. Niepokój trawi każdy dech, który udało mi się skraść, a potem oddać. Siłuję się ze światem, przepompowuję go przez siebie, pluję czym mogę, bo zbrzydł mi nawet smak sensu. Rozumie pan, Henryku Wald?
#6
Czy wyobrażasz sobie rozedrganie? Drganie, drżenie, bycie w pulsującym… czymś. W pulsie. W rozhuśtaniu. W przód i w tył, tak aby rzeczywistość była bliżej, i dalej, i bliżej, i wcale. Zezgrzyt zębów, utarte ścieżki i słowa na marność. Brak magnezu. W-kłębek-zwinięcie, wyrzucenie przez okna duszy drogocennych antyków. Sprasowanie wielkich, pięknych, rzeźbionych przez wieki słów w pellet. Wklęsłość. Zabrak. Zastój i klatka, długi czas naświetlania, zbyt długi by uchwycić ostro coś więcej niż gwiazdy, a i one kreślą się w ślady pazurów, a więc konstant jest tylko czerń. Tylko czerń. Uderzam silnie w niewinne litery, by w nie wtłoczyć grona gniewu, a i na to patrzę soczewką dystansu, wyśmiechu, przeczucia absurdu. Stawiam kropki i szukam ostatniej, czekam na wypisanie się z flauty, przebicie przez zaduch i bezduch, na wiatr, na okno otwarte, którym wleci coś więcej niż stare myśli, kąsające w dłonie, gdy śpię. Gdy śpię, czuję spokój, ale w snach chodzę na palcach.
#7
Piękne, blade, białe niemal niebo daje wielkie poczucie pustki i radości, i wiedzy, że oto pomiędzy nami a wszechświatem nie ma nic godnego uwagi.
#8
Każdy opad słońca na skropione snem ulice oślepia mnie i rozśmiesza. Idę rześko i raźnie. Deszcz ustał. Jego zejście nasyciło jednak tkankę wsi kolorami żółtym i chabrowym, których przesyt spowodował wytrącenie się kiczu z pocztówkowego krajobrazu.
#9
Krople i blask z kocich oczu, ich zielone jak liście, zielone jak kocie spojrzenie liście rozpadają się w strach, gdy uderzają w nie wielkie jak kocie źrenice, wielkie jak krople deszczu kocie źrenice lustrują zieloną jak magia przestrzenność, magia lasu jak osiedlowego sklepu i jego zapach. Nigdy nie znałem nazw drzew. Słyszę zapach parujących kałuż, na których deszcz zostawia ślady.
#10
Lokalne brzydkie sny wypalają się kobiecie o numerze siedem na spodzie siatkówki. Gołębie, chybione wzloty i precyzyjnie wycelowane w najczarniejsze miejsca upadki. Trzy wybicia zegara tęsknoty wystarczyły, by dawny płacz przepłynął przez nią falą, od której straciła pod stopami grunt. Stolik zakolebał się, później przez świergot tłuszczy przedarł się huk blatu. Muzyka zaczęła grać głośniej.
#11
Ale nie, nie nienawidź mnie. Pył opada z dawnych struktur, z tych rubieży mnie, którym daję umrzeć, którym każę zdechnąć, sczeznąć, spłynąć czarnym od popiołów skrajem wspomnień.
Nienawidź mnie. Lecz miał nade mną litość młot wyroków, więc i ja okażę ją w sądach.
#12
Zapłacę słono żółtym łanem rzepaku, zapłacę silos, gryzie silos korozja, i drzewa białe, nieżywe, i deszcz co zmywa pył z szyb pociągu. I lampa nad laboratorium, świat ludzi. Zapłacę za dary życia, gorycz popitą przepełnionym niebem, słodycz z czarną kawą. I tylko czasu, bo nie nazwałem jeszcze imieniem każdej z chmur.
#13
Dziwne ontologiczne struktury pojawiają się i nikną, peregrynują z relikwią dawnego mnie. Odwiedzają tak bliż, jak i dal, a na ich policzkach rumieni się duma. Ale duma z czego? Czy stałem się tym, czym byłem od zawsze, czy przestałem wreszcie być mną? Przynosi ulgę móc wyśmiewać demony, ale ich imion obiecuję nie zapomnieć.
#14
Jan Kastor patrzy w toalecie w lustro. Widzi pejzaż małych białych kółek, powstałych po tym, jak krople wody spetryfikowały się w ślady swojego niegdyś istnienia. Te kółka, myśli Jan Kastor, wyglądają jak mapa księżyca. W łazience wisi jedna żarówka, wisi w dodatku dziwnie nisko, a jej światło nadaje twarzy Jana Kastora upiornego wyrazu, trochę jakby Jan Kastor był kimś, kogo przywrócono do życia, a on wcale sobie tego nie życzył. Odwraca się jednak od lustra, szuka wzrokiem kosza na śmieci, znajduje go, i wrzuca do niego kawałek pomoczonego ręcznika papierowego, którym wytarł ręce. Wytarł je niedokładnie, i jedną z wilgotnych dłoni odsuwa skobel zasuwki, blokującej drzwi. Jeszcze zanim naciśnie na klamkę, poświęca chwilę na refleksję, lecz tym razem nie w zakurzonym lustrze, a w utworzonym w wyobraźni lustrze mentalnym. Studiuje tę refleksję, to swoje odbicie, i dochodzi do kilku wniosków-wrażeń. Jeden z tych wniosków-wrażeń można by opisać mniej więcej tak: w zaciszu toalety powraca do mnie jakiś fragment nieba, jakiś ptak, słupy elektryczne, dom w budowie, ale są to tylko półprzezroczyste zjawy, z których nie mogę odczytać sensu. A czas chwilowo jest chyba krajobrazem w dzień zupełnie bezwietrzny, nieodróżnialnym od zdjęcia. Opleciony takimi myślowymi fenomenami, naciska w końcu klamkę wilgotną nadal dłonią, a klamka skrzypi. Gwar jest tuż za drzwiami i Jan Kastor spotyka się z nim i trochę w nim ginie, a to, co z niego nie zginęło, wraca do stolika i siada naprzeciw Henryka Walda.
– Kręcisz się jak kogucik-wiatraczek, Janie Kastor – rzuca żartobliwym tonem Henryk Wald.
Jan Kastor uśmiecha się jedynie, a Hendryk Wald, niepytany, wyjaśnia:
– Miałem taki wiatraczek na dachu domku na działce, pocieszny bardzo.
– To ciekawe.
– Tak.
– Tak.
Pogłos:
“Świat życia codziennego jest nie tylko przyjmowany bez zastrzeżeń przez zwykłych członków społeczeństwa w ich życiowym, subiektywnie znaczącym postępowaniu. Jest to świat, który powstaje w ich myślach i działaniach oraz dzięki tym myślom i działaniom trwa jako świat rzeczywisty.” (Berger Peter L., Thomas Luckmann, Społeczne tworzenie rzeczywistości). Dzięki ich myślom i działaniom może również zostać zniszczony.
Café Dziejba #6 może wybrzmieć lub nie wybrzmieć 1 czerwca 2024. Tymczasem, obserwujmy uważnie jak przekwita rzepak.
Dziękuję za czytanie.
N.