4. Komórka elementarna

Przedtakt:

Błękitne słońca życia płoną, tuląc głowy tych o duszach myszych do swych miękkich łon. Ci o myszych duszach mrą od ran po smutkach, od zabójczych gazów cudzych cierpień. Ból dostrzeżeń jest prawdziwy, tak jak chłód nas, głazów, który próżno chłonie płomień rozpalany przez pielgrzymów pod gwiazd-pełnym, żywym niebem. Złych i dobrych wspomnij w krzykach, które budzą cię z koszmarów. Tylko one są dość czyste, by wyłapał je słuch bóstw o smutnych twarzach.

W Café Dziejba dudniły basy jak dudniki:

Indian Wells – No One Really Listens to Oscillators

Mind over MIDI – Fieldwork

Nils Frahm – Day

Dziejba:

#1

Wyzieram spomiędzy cieni jak wstydna latorośl. Nie jestem własną opoką a gomółką, zmiękczony destylatem i wypchany leśną ściółką. Wiem skąd przychodzę, lecz tylko pobieżnie. Mam grób dla siebie, ale zwlekam. Z pełną świadomością rozpadam się na fragmenty, gdy młot czasu wybija mi z głowy głupie pomysły, pamięć i to, co brałem za siebie. Opłynąłem wydarzenia, poruszając listki i muł. Brałem siebie za to, co robię co dzień, a byłem tylko patrzeniem i lwim rykiem w udawanej puszczy. Przykładam dłoń do tafli Teraz, by na chwilę został po mnie ślad. Chowam się w izbie jak bezwstydna latorośl, grzeszę z losem wbrew obyczajom i prawu ojców. Żyjąc, sprawdzam sens dążeń. Poruszam listki i muł jak prorok czasu, by czuć, że znajdę choć okruch gruntu w księgach, liczbach, gwiazdach albo sercach drogich jak własne.

#2

Chmury mkną jak prosta animacja. Razem z niebem przesuwają się za oknem pociągu. Słońce prześwietla poziomo kartki książki, którą trzyma w dłoniach pasażer numer dwa. Pada dokładnie na krawędź dwuwymiaru liter i na krótką chwilę odkrywa drugą warstwę płaskiej dotąd prozy. Tą drugą warstwą jest ciepło i słodycz, erotyzm spłukanego życzliwym strumieniem wieczornego krajobrazu i przedziałowej wspólnoty. Wyprężony w przyjemności uszynionej perspektywy widz doznać może zespolenia z Wokół, jeśli tylko tego właśnie zapragnie.

#3

Lament starca, spotkanego na dworcu

Jesteśmy odgrodzeni od siebie płotem (murem) osobności (nietożsamości), w który uderzamy dłutem słów i dotyku. Zderzamy się ze sobą jak dwie fale. Wspólnie rozbijamy na falochronach. Czarne drzewa, zgrubione czarną jemiołą, są czymś na szarym jak pilśń horyzoncie. Mgła ma takie samo znaczenie jak czas. A ja – składam się wyłącznie z niedokończonych kawałków siebie. Puzzli o postrzępionych brzegach, bo nie zostały wykrojone, a wyrwane. Jestem gołą, nieotynkowaną ścianą. Połowicznie zamalowanym starym muralem. Smutek nie potrzebuje powodu by istnieć. Pojawia się znikąd. Wypełza z czasu. Czas to papier, na którym drukowane są pieniądze. Tak, ja znów o tym czasie. Mam w sobie nadal coś z dziecka, ale nie są to te elementy, do których chciałbym się przyznawać. Jestem moralnym niemowlęciem w kołysce biurokracji. Jestem PITem, wypełnionym czerwoną, nieostrą kredką. Zrozumiałym tylko dla mnie bazgrołem. A także wywinięciem chandry na drugą stronę. Prostokątem, posianym gwałtowną, ołówkową trawą. Rozpiętym w miejscu PESELu słońcem, zrobionym z koślawej, żółtej płachty i kilku odciągów. Wszystko, co nieprzezroczyste, w jakiś sposób rzuca na nas cień. Wszystko, co półprzezroczyste, to potencjał tajemnicy. Stare budynki, wciśnięte między szklane smoki, widzą ze wszystkich stron swoje odbicia. Mają czas, by zastanowić się nad tym, co nadchodzi. W którymś momencie zaczęliśmy bać się budować cokolwiek, co nas przeczeka.

#4

Traperzy krańca świata stawiają kroki wbrew posępnym, bezdusznym sługom rumu poniechania. Czuj duch, bo świat stacza nie bój a się w głąb miejsc o ścianach krytych kredowymi rachunkami. Ciepłość to twój syn. Ty bądź mu wzorem.

#5

Pamiętaj, że wracam żółwim tempem w górę strug czarnego deszczu. Deszcz spływa nam po skalpach jak po szklanych skałkach Bałkan. Mam mózg zielony od pomyłek, które cofam w głowie, które cofają mnie, które kocham, ale które nie kochają mnie, bo szczekanie psów niesie się echami gospodarstw o samotnych płotach i pustych, blaszanych wiadrach. Przewertuj słowa bez znaczeń i dopisz do nich własne, albo twórz pareidolie bez końca.

#6

Mówi Henryk Wald.

Kurs podróży zwiódł mnie bardzo. Bardzo. Miałem żonę. Miałem córkę. Najważniejsze kobiety mojego życia. W pewnym sensie. Zaraz po mamie. Ale wszystkie trzy zabiłem. W pewnym sensie. Myślę, że mówiłem w życiu rzeczy, a później robiłem rzeczy. Jakoś tak to szło. Mówiłem, a potem robiłem. Słowa są ziarnem. Tak myślę. Siejesz je w głowie, rozrzucasz ziarno z każdą myślą, z każdym oddechem. Później to ci w głowie rośnie. Jak nowotwór. Nie, dobrze, nieważne. Albo ważne. Ale przerywaj mi, gdy zaczynam bajdurzyć. Słowa, no tak. Słowa są najpierw, chyba o to mi chodzi. Przed tobą. Masz coś w życiu, a później nie masz. Zupełnie nie wiem, o czym mówiłem. Jak skończyliśmy jeździć na misje, to pieniędzmi mogłem wypychać poduszki. Kupiłem kawał lasu. I to za jakiś psi grosz. Trudno to opisać, ale huk uzależnia do tego stopnia, że później już musisz mieć albo huk, albo ciszę. Tak, to dziwne. Głęboką ciszę. Słyszałeś kiedyś taką ciszę? Byłeś kiedyś gdzieś, gdzie jest cicho? No właśnie. Ja ciszy szukam od lat. Odkąd nauczyłem się zasypiać wśród huków. Tego można się nauczyć, wiesz? Kładziesz się i rozluźniasz mięśnie twarzy, a później starasz się stać niczym. Zupełną, zupełną obojętnością. Rozumiesz? Obojętne ma ci być, czy zaraz usłyszysz serię z automatu, czy pianie koguta. Stajesz się ciszą, głuchą na wszystko. I wtedy możesz spać. Do teraz tak mam. W każdych warunkach śpię jak dziecko. A jednocześnie nie śpię wcale. Bajdurzę znów. Tak, mówiłem o ciszy. Szukam ciszy. Tym chyba właśnie jestem.

Duży zamęt w lokalnym kawobrazie wprowadziły “*Przyczynki do filozofii” Martina Heidggera, których roszczeń, pomimo wielomiesięcznych rozmów, nie udało się Dziejbowiczom rozwikłać. Sympatia do Davida Fostera Wallace’a nie uratowała “Rzekomo fajnej rzeczy, której nigdy więcej nie zrobię” (on nie zrobi?) przed wydanym przez stojącą w rogu monsterę werdyktem: znudziłam się. “Mesjasz Diuny” skonsternował swoim nadejściem i pozostawił w ustach smak melanżu. Potraktowano go z dystansem, choć i niejaką ciekawością. *

#7

Wielkie Ptaki szukają miejsca w koronach drzew bez piór. Drzewa grabią szuter niskich chmur. Ptakom duszno i przytulnie. Dadzą się omotać, byle skryć przed ludzkim wzrokiem, który skleja pióra i dzioby, i myśli, i szpony.

#8

Elementom ruchomym nie wolno stać w miejscu. Żadne miejsce nie jest ich miejscem. Ich losem jest zdążać.

#9

Na melodię: Pieśń Wieczorna plemienia Obejmujących Drzewa

Szum drzew zakradał się ze wszystkich stron. Jego dłonie znały rytm. Jego dłonie plotły wciąż na nowo i nowo ciężką pieśń. Pieśń z żywicy, igieł, bzu i trzcin, których piór nadśmiały furkot marszczył czoło tafli jezior. Kraina jezior, jej kruchy chłód, marzyła przyszłość lepszą niż prorocy, wróże, kaznodzieje piali w psalmach. Ponęta chmur, ich czysty dar, od zbyt już dawna w gorycz, grzech i groźbę kuła szumny plusk. Wodnicze plemię znało czas i krótkość ostatecznej chwili dróg rozbieżnych przeciwgwiezdną trajektorią świata. Jego dłonie znały rytm, nie znały celu, ale każda broń tak łaknie głów, jak późne, wolne drzewo słońca. Gdy zew z trzcin przebrzmiał przez puszcz szorstką, mroczną jaźń, on, Ten Jeden, schwycił w dłoń nóż, i ze łzą przeklął młody buk w wykrętny kostur. Buku dech z pomocą run zespoił w Duch-Bóg-Druh, narzędzie przodków, i może też, daj dobry łut, potomków Ludzi Lasu. Zacisnął pięść, lęk roztarł w puch i ruszył w szlak na pomoc wodom, Wodnym, reszcie.

Szlak szedł szczęść pełnią, i pełnią nie, wił się jak gniazda ptactwa brzegów. Tych słodkich brzegów, tak za-pamiętnych, tak śmiesznych w zwrocie, a juwenilnych śmiechem, mchem i butą. A Duch-Bóg-Druh, druidów szeptem szczelnie pełen, uderzał w pył, wstrząsając ból, zaległy jako ścieżki, ślady, baśń szara na tle rozognionych drzew. Ten Jeden musiał, końcowość tak jak kolor widząc w oczach bliźnich, przeczuwać że, choć krył to krąg, gdzieś blisko kryć się musi konfrontacji śliski lej. Z leja bił smród poległych dusz, parszywy niczym zwiędła miłość.

Z ziemistej zrazy do zatrat szans, z korzennej zaczepności w zasadach złożeń i zapętleń znaczeń istnień, zajęty wspak do zarań siebie, smucony ziarnem zwątpień, siadł wśród zarzewi, zżarzałych bierwion, i zemdlał na pół dzwonu nocy. Noc niecna, nużna nokturn-blaskiem, nuciła nisko: nomen nad omen, skąd zaś Ten Jeden, niemoc mu silną, otworzył siebie, wyjrzał w przestworze, i w tę substancję pustki zawył.

Odpowiedź dał, bo po to był, mu Duch-Bóg-Druh, pyszny zaprzeszłą wiedzą pewną, bo nieludzką. Przy ogniu będąc, opodal leżąc, biesiadę dziwną tworząc, roziskrzał słowa, by z tych słów klucz zębaty upleść. Klucz był do dusz, a Duch-Bóg-Druh, narzędzie przodków niemal wszechpotężne, wchodząc w świat snów, doręczył klucz wprost w drżącą dłoń wybrańca.

#10

Łatwiej jest wydać wagon urobku na słabo pożądane przyjemności, niż przerzeźbić marmur dnia w komunikat dla Boga. Rozmawamiamy z Bogiem bo nie umiemy z ludźmi, albo dla egzystencjalnego relaksu. Albo wcale, i wtedy marzniemy, pochowani po żeremiach i kryptach.

#11

Mówi Jan Kastor.

Ze mną trochę inaczej. Bo ja, jakby to powiedzieć, nie przepadam za ludźmi. Czy nienawidzę? To mocne słowo, ale tak, może tak. Może tak, no nie? To bardziej… wściekłość. Ja od tego chyba uciekam. Ale to naprawdę trudne. Zupełnie ich nie zdumiewa, to znaczy ludzi, dosłownie wszystkich wokół, że nie wiedzą, dokąd dążą. I że wiedzą jednocześnie. To takie odgrywanie ról, przechodzenie przez kolejne i kolejne etapy tego samego smutnego nie wiedzieć czego. Ukończ szkołę. Ożeń się. Miej dziecko. Weź kredyt na mieszkanie albo dom. Mdli mnie, jak o tym myślę. O tym powtarzaniu schematów. Jadę autobusem, widzę przed sobą dowolną kobietę czy mężczyznę, w dowolnym wieku, w dowolnym stadium rozkładu, tak? I myślę – po co? Po co on, ona to robi? Ten schemat. Miotam się, ale wiadomo, o co chodzi. Głęboki bezsens. Jeśli można tak powiedzieć. Smutno mi się robi od tego. Ja po prostu wiem, że to nie jest życie. Ale jednocześnie nie wiem, co nim jest. Co mogłoby nim być. Nie udało mi się tego ustalić. Dlatego jakoś tu zaszedłem. Chyba tak jest.

#12

Roztop nadszedł z ciepłem, słowem i oddechem. Owionął, owinął, oddzielił od tłumu kamiennych myśli-kretów. Od myśli ślepych. Dał myśli mędrców wśród bocianów, którzy prędzej opuszczą tkane z pasją gniazda, niż wyrzucą najsłabsze potomstwo.

#13

Liść, podrzucony przejazdem pociągu. Ścięte konary drzew. Gniewni ludzie bez cierpliwych strun. Wieża z cegieł na krawędzi pól. Ptaki patrzą ciekawie, dziwiąc się ludziom, szukającym siebie na stacji Pleszew.

#14

Nawet z najgłębszych rozdrażnień przebić się można skrótem w dystans uśmiechu i zadziwu nad wirowaniem śmigieł zegarów świata. Zegary nie znają swych obrotów, a słabo znają na gwiazdach, dlatego tak błędnie wychodzi im chronizacja rdzawych mechanizmów. Może tylko fale serca.

Pogłos:

“Po pierwsze jednak Bycie w ogóle nie «jest», lecz istoczy. Po drugie zaś, Bycie jest czymś najrzadszym, ponieważ najbardziej jedynym, i nikt nie ustalił choćby paru chwil, w których gruntowałoby ono i istoczyło sobie jakieś miejsce” (Martin Heidegger, Przyczynki do filozofii [Z wydarzania]). Rzeczywistość wytwarza się na naszych oczach i naszymi słowami. Zamieniamy schematy na schematy. Z ról uciekamy się do ról uciekaczy od ról. Nie myślimy jednak o tym, jak ukochać z własnej woli zasady i bunt.



Café Dziejba #5 może wybrzmieć lub nie wybrzmieć 1 maja 2024. Zaufać musimy wieczornym pociągom, z okien których widzimy świat.

Dziękuję za czytanie.

N.