3. Uwikłanie egzystencjalne
Przedtakt:
Może srebrne samoloty spadną w tym samym momencie, w którym zaćmią nam się oczy. Zostawiam ślady butów obok śladów opon. Błoto zbieram na pamiątkę. I nawet Słońce czeka zachód i zawód za kres.
W Café Dziejba brzmiał wartki nurt ułożonych w wymyślne wzory dźwięków:
WhoMadeWho – UUUU
The Underground Youth – Mademoiselle
Oskar Schuster – Sneeuwland
Dziejba:
#1
Luty spłynął deszczem, który w błyszczących od kałuż polach posiał wątpliwości. Grzęznę idąc wprost i grzęznę klucząc. Kluczę by się mamić. Nocami palę ogniska i na ustnej harmonijce gram Dziejbie weselące melodie. Obojgu nam trzeba towarzystwa. Szczególnie, odkąd ujrzałem Wielką Potworność.
#2
Twój spacer trwał o księżyc dłużej, niż planowałeś. Jesteś już na swoim osiedlu. Wielka płyta grodzi przestrzeń, przemykasz wąskim, niskim przejściem. Dogniatasz drobinki piasku do popękanych chodnikowych płytek. Słyszysz swój chód. Dwa bezdomne gołębie szarpią się o kromkę chleba. Jest chmurnie. Stary plac zabaw oferuje niewiele rodzajów zabaw, obok huśtawki kręci się dziecko. Jego matka stoi na chodniku i patrzy. Dziecko biegnie do drugiej huśtawki, dwuosobowej, i próbuje ściągnąć w dół jej uniesioną część. Mijasz matkę i zbliżasz się do drzwi klatki. Śródblokowa polana, którą przemierzasz, pozwala ci zobaczyć jedynie fragment nieba. Zwracasz na niego uwagę, ponieważ lecące w kluczu gęsi wołają do ciebie: wody. Zbywasz to wzruszeniem ramion. Pod drzwiami, tuż przy nich, stoi starsza kobieta i przeszukuje kieszenie swojej kurtki. Gdy cię zauważa, uśmiecha się. Otworzę, mówisz, i wyciągasz z kieszeni spodni łuskę. Spoglądasz na nią zdziwiony, po czym odkładasz do kieszeni i z drugiej wyciągasz klucz z plastikowym brelokiem z miejscem na plakietkę. Coś nie daje ci jednak spokoju. Kobieta patrzy na ciebie, jakby skądś cię znała, i ty chyba znasz ją także. Pan…, mówi kobieta i milknie, wyraźnie onieśmielona. Nie wkładasz klucza w zamek, a jedynie patrzysz na kobietę i czujesz, jak zaczyna trzeźwieć Pamięć.
#3
Chmury zasnuwają całą dal. Ich szare nienasycenie jak przez mgły pamięta błękit. Głuszą one łomot brązowych wagonów towarowych bez towarów, głuszą one łopot kruczych skrzydeł i żurawi klangor. Paliliśmy ropę, by zrobić miejsce w cysternach. Kto raz posmakował, nie zapomni smaku deszczówki.
#4
Przez gwar przestrzeliwuje się dźwięk tłuczonej porcelany, wybrzmiewa czyjeś “oho!”, czyjś żart “kłócą się na kuchni!”, kilka śmiechów, i ta mieszanka katalizuje proces dochodzenia Jana Kastora do poczucia dziwności, zadziwienia i podziwu. Czy ja, to widziadło?, myśli. Jaka to banalna myśl, myśli. A ten człowiek naprzeciwko, myśli, siedzący w tym swoim kącie, dlaczego zawołał mnie do swojego stolika?
– Widzę – mówi Henryk Wald – że coś cię frapuje, Janie Kastor?
Jana Kastora, oprócz kilku tysięcy nieumarłych, niedoformułowanych pół-myśli-pół-uczuć, frapuje wiszący nad jego głową sufit.
#5
Zostawiam po dwa, trzy centymetry whisky w każdej z butelek. Luty ledwie złamał się wpół, a ja już wątpię w zmysły. Wątpię w przeszłość, choć bardzo chcę jej wierzyć i ją mieć. Przepadam wraz z pamięcią. Przyjmę ból starych ran, byle tylko nie oddać tych kilku płatków śniegu. Tych przebryzgów deszczu przez żywopłoty, tego dziwnego słońca, tamtych miraży wiosny. Ryk bawołów i śmiech dzieci. W każdej z butelek, po to tylko, by ich nie dopróżniać. Ciemne szkło lepiej kryje prawdę. Uderzenia pianina, ogon wiatru przemieszał chmurność, uderzenia pianina zaklinają wspomnienia. Czasem boli, że ledwie pamiętam płatki śniegu, a żadnego dokładnie. Kształty ludzi w wodzie czują pośpiech. Cuda darują nam się na jawie, lecz jak wszystko przechodzą w maję.
#6
Wróble siedzą cicho. Zdają się na coś czekać. Stoję także i czekam. Ciemność sączy się cicho. Zupełnie bez widocznego dla mnie asumptu wróble eksplodują z żywopłotu i dają się przyciągnąć charyzmie karmnika. Wszystkie, z wyjątkiem jednego, który szuka szczęścia u podnóża wieży obfitości. Ledwie go widzę wśród mdlejących z braku światła barw przedmiotów. Mokra kora, zeszłoroczne hortensje, polne kamienie, ogrodowe węże, ogrodowe włókniny, ogrodowe czekanie na sezon życia, cicha nieświadomość Wielkiej Potworności, która nie chce ze mnie odejść. Za którąś z porcji terenu pohukuje spalinowa glebogryzarka. Sennie i gniewie, bo zbyt wcześnie poderwano ją do służby. Pies szczeka na gości i na zapas. Jego skargi niosą się dobrze, szeroko, esznie. Wracam do domu gdy marzną mi dłonie. Wkrótce w nie oddam kubek kawy i wiersze.
#7
Oto nadsyt dźwięków. The Underground Youth i ptaki. Syrena karetki pogotowia i woda w rurach w głębiach ścian, i czarne wagony. I czyjaś rozmowa, i czyjeś milczenie. Pielęgnować ogród wspomnień czułą ręką, go ogradzać, go okadzać dymem z wielkich maszyn. Uśmiech losu to pareidolia, uśmiech Boga to anomalia, uśmiech dziecka to nagroda. Uśmiech twój to czyn twórczy.
#8
Starsza kobieta przy drzwiach wydaje ci się nagle przemożnie rzeczywista, a Pamięć trzeźwieje na tyle, by wybełkotać: spod czwórki. Pani jest spod czwórki, mówisz cicho, a ona kiwa głową. Pamiętasz ją jak majak, a jednak rozmawiać musieliście niedawno. Pan wygląda dziś, mówi ona powoli i z wahaniem, i nie kończy swojej myśli, a ty zastanawiasz się, jak dziś wyglądasz, że tak zszokowało to Spod Czwórki. Odruchowo pocierasz twarz. Robi ci się zimno i do pewnego stopnia tracisz czucie w wierzchniej części ciała, improwizujesz więc uśmiech, wkładasz klucz w zamek i mamroczesz coś o tym, że się nie wyspałeś. Pospiesznie wracasz do swojego pokoju, bo jest teraz dla ciebie niezwykle ważne, aby spojrzeć w lustro. Zwątpienie w akceptowalność tego, jak jawisz się światu, wywołało w tobie emocjonalne fale o dużej amplitudzie.
#9
Sunę sobie przez kosmiczną próżnię i dziękuję Wokół, że moje słuchawki są true true wireless. Zasięgam jeszcze Vangelisa, choć już chyba niedługo. Telefon zostawiłem przecież na kanapie. Rozbłyskują wokół mnie dżety jak wyrzuty sumienia. Mrużę oczy i odwracam od nich głowę. Czuję, że wchodzę w Zaobszar, a poznaję to po tym, że za tym wzgórzem próżni powietrze jest inne.
#10
Już o szóstej sześć latarką koszę pianę mgieł. Z mgieł wypłaszam nocne byty. Zrywam sarny z ciepłych ścielisk. Snopem wzruszam ścierpłe cielska, zmętniam obraz sennych zbliżeń. Drżę, gdy smukłe cienie przemijają z hukiem racic. Żar latarki w dłoni koi, ciężki opar skwierczy, dymi, strzela w gwiazdy hurmą żywych iskier. Mokra trawa gładzi kostki, kiedy dążę ku korytu rzeki Lete. Spotkać muszę to, co żyło we mnie przez te wszystkie lata.
Jon Fosse zaabsorbował swoim “Drugim imieniem” uwagę Dziejbowiczów do tego stopnia, że na długie godziny zapadała Cisza, której nie śmiano burzyć krytyką. Towarzystwem w pewnym gąszczu służył Jacek Surzyn, którego artykuł “Martina Heideggera projekt «innej» filozofii. Krótkie studium z Przyczynków do filozofii” okazał się być znakomitym eskapizmem dla otumanionych kofeiną dusz. Mlaszcząc, sprawdzano jak smakuje na języku “Dasein jako «Oswajanie». Komplementarna alternatywa translatorska” (Magdalena Hoły-Łuczaj), i okazało się, że ma ono w sobie dużo smaku umami. Za to o “Bezgruncie” (Maciej Melecki) któryś z mniej okrzesanych gości wyraził się jako o miejscami poruszającym, lecz z gruntu męczącym i nie bardzo ładnym.
#11
Jan Kastor patrzy w sufit, a sufit jest jak otchłań. Otchłanność sufitu objawia się w tym, jak zachłannie chłonie on uwagę patrzącego. Jest on zawieszony stosunkowo wysoko, zdaje się jednak opadać w miarę obserwacji. Pokrywają go napisy. Są to napisy, które wyglądają na wykonane odręcznie, czarnymi markerami o różnych grubościach i stopniu zużycia. Napisy mają też różną długość. Są tam pojedyncze słowa, hasła, zdania, a także wieloakapitowe bloki tekstu. Niektóre z nich cechuje kaligraficzna schludność, inne – chaotyczna pośpieszność kreski. Jan Kastor patrzy na nie z fascynacją.
– Co to za napisy? – pyta.
Henryk Wald przez chwilę nie odpowiada, a tylko bawi się trzymanym w dłoniach scyzorykiem. Rozkłada go i składa. Rozkłada oburącz, składa – palcem wskazującym tej samej dłoni, w której trzyma narzędzie.
– Nie patrz w nie zbyt długo – sugeruje tonem, w którym pobrzmiewa smutek. – Lepiej opowiedz mi o sobie, skoro już usiadłeś tutaj ze mną.
– Usiadłem, bo mnie pan zaprosił – mamrocze Jan Kastor, nie odrywając wzroku od sufitu.
Dźwięki kawiarnianego życia są w tym momencie stonowane i kojące. Skądś wieje lekki przeciąg, pachnie cynamonem i pieczonym jabłkiem. Oparcie krzesła uwiera Jana Kastora w łopatki.
– Hej! – pstryka palcami Henryk Wald – Patrz na mnie!
Jan Kastor otrząsa się z zapatrzenia i spogląda na brodatą twarz Henryka Walda. To twarz trapera, myśli Jan Kastor, albo kogoś żyjącego w głębokiej samotności.
– Ja… wie pan – chrząka i odzywa się – nie wiem, czy jest o czym mówić. Może pan zacznie?
Henryk Wald patrzy na rozmówcę z lekkim rozbawieniem w jasnych oczach i w zmarszczkach wokół nich. Po chwili, uśmiecha się szerzej.
– Tajemniczy jesteś, ha? – pyta – No dobrze, zacznijmy więc ode mnie, Janie Kastor. Ale, ostrzegam, to potrwa.
– Donikąd się chyba nie spieszę…
– Ależ, to akurat oczywiste, młody człowieku. No dobrze – powtarza Henryk Wald – dobrze, opowiem ci, kim jest Henryk Wald.
#12
Miejsce chwili jest zawsze u progu wieczności, przekroczenie progu to wejście w Bezteraz. Ono żyje krótko. Wy-jawia się na świat przez nieskończenie mały fragment czasu, biada jednak i błogosławieństwo tym, którzy trafili tam, gdzie Bezteraz znalazło dom.
#13
Siedzę w kuchni z kubkiem kawy i, dla czystej tylko przyjemności, dumam. Tak naprawdę, to dobiegający z głębi lodówki jazz szumów i jęków nie napędza mi więcej strachu, niż wojny o wodę i klątwy rzucane przez konających topielców. Ochotę mam pisać złowieszcze jeremiady, przypominam sobie jednak, że sam sieję kilka zbóż końca świata. Te inwazyjne gatunki kuszą, duszą jednak śpiew kwiatów i zapach słońca o letnich porankach.
#14
Łap deszcz do kubka z kawą. Obserwuj świat znad niego, znad pary, znad kraterów. Zobacz czarne niebo, fragment siebie, zaciek, wróżbę, lśnienie. Pochyl twarz, a bliźnim daruj.
Upuszczone przez gołębia pocztowego opowiadanie, doskonałe do podłożenia pod kubek z kawą:
Miała na sobie niebieską sukienkę37.1KB ∙ EPUB fileDownloadTo był bardzo głęboki kolor niebieski. To było indygo gwieździstej nocy w vangoghowskiej wyobraźni, nim jeszcze spłyciło je płótno. Sukienka przylegała do Jej ciała, bo choć noc nie była gwieździsta, to była czerwcowa, deszczowa i ciepła. Przylegała z powodu deszczu. Do opalonego ciała. Deszcz wsiąkał w ubrania, słabo wsiąkał w asfalt i nie wsiąkał wcale w błyszczące liście. Na wylot przesiąkał myśli Eskiego. (…)Download
#15
Zbiegasz w dół klatką schodową. Łomot twoich kroków budzi akustyczne duchy od parteru po ostatnie piętro. Gdy trafiasz pod numer cztery, pukasz do drzwi, później stoisz chwilę i dyszysz, a po chwili gaśnie światło, które zapaliłeś kilka pięter wyżej. Naciskasz na dzwonek. Dzwonka nie zauważyłeś wcześniej. Za drzwiami dają się dosłyszeć jakieś dźwięki. Klika zamek i drzwi uchylają się powoli. Kobieta Spod Czwórki patrzy na ciebie i pyta, co się stało. Ty pytasz ją, czy możesz wejść, bo chcesz porozmawiać. Chciałbyś usiąść i porozmawiać. Mierzycie się dość długo wzrokiem, kobieta oczywiście ci nie ufa, nie znacie się w końcu prawie wcale, rozważa jednak wpuszczenie cię. Widzisz to w jej twarzy. Proszę, mówisz, to dla mnie ważne. Ona patrzy na ciebie jeszcze przez chwilę, a później otwiera drzwi szeroko i mówi wejdź pan. Wejdź pan, zaparzę kawy. Wchodzisz do korytarza i zwraca twoją uwagę delikatny, słodkawy zapach, który z pewnością przynależy na stałe do tego mieszkania. Każde mieszkanie pachnie inaczej, myślisz. Myślisz także, że z samego zapachu mieszkania można dowiedzieć się wiele o jego mieszkańcu lub mieszkańcach. Może, myślisz, dałoby się nawet odtworzyć ich życiorysy. Wątpisz w swoją myśl zaraz po jej pomyśleniu, zostaje ci jednak po niej w głowie przekonanie, że w zapachu, jaki ma obecnie świat, zapisana jest jego historia.
#16
W portach uczą czym fracht i czym nieszkodliwy przepływ, ale każdy podmuch wiatru wydany na ruch ku krańcom świata, to obol na konto Daimoniona.
#17
Po deszczu przyszedł spokój, a później przyszło Ciepło. Na chwilę, na dziesięć minut, na jeden przelot chmur, w przebraniu, ale ono. Przęgło błyszczące w słońcu jak lasery pajęcze nici, sadzało na mankiecie bluzy stworka w pancerzu, wyciskało zdziwione szepty z ptasich gardeł. Daleka piła mechaniczna, wysoki samolot, sroczy zgrzyt i dżdżownicze kopce. Wszystko było na miejscu. Tylko ta dojmująca przelotność i przedwczesność, niedowiara. A może w niej był urok. I nie smutek a przedwiośnie.
#18
Dźwięk kruszonej dachówki, sypiącej się na chodnik, zwraca uwagę ludzi nocy. W somnambulicznym milczeniu schodzą się na miejsce upadku, pchając taczki. Koła taczek skrzypią. Upadł, upadł, upadł kolejny, powtarzają ludzie nocy. Koła taczek skrzypią. Ludzie nocy schodzą się z różnych stron i w różne odchodzą. Nim zgasną latarnie, oni znikną z ulic miasta.
#19
Pazury wiatru rozdarły Niebo, aż trysnął błękit. Jasny, ostry błękit. Podłużna szrama emanowała narzucającym się oczom światłem, i było to światło Nieba, miałem więc nadzieję, że Bóg spojrzy znów na Ziemię i na mnie. Przez chwilę chciałem nawet spojrzeć pierwszy i w ten sposób zainicjować kontakt. Zgubił mnie jednak brak czasu, którego ekwiwalent w strachu wymieniłem na kolorowe kulki o różnej wielkości. Teraz ciułam lęk do lęku, aż uzbieram znów dość, by móc myśleć o ich wymianie na jeden Lęk Nieistnienia. Z nim w dłoni, przestąpię próg Świątyni.
#20
W absolutnie pięknie rozszarzone zapołudnie szum śmigłowca zrasza dźwięczną mgiełką spokój. Nie zakłóca go. Siadam więc w ogrodzie, a nad głową czuję, widzę i odbieram wielkie niebo. Nie ma cieni, choć jest jasno. Patrzę w górę jak w katedrze, witraż chmur umyka w siną wraz z łukami tynkowanych sklepień. Wiatr opada w dół strzępami, ciężki chłodem przeszłych wyżów, drżący tak jak liście z zeszłych pór. Ostoje wód z lutowych pluch parują smętnie w lśniące pierwsze przedwiosenne tchnienie.
#21
Pracę zabrała mi awaria maszyny. Zastanawiałem się długo nad tym, co złożyło się na ten stan rzeczy. Odpowiedzi jeszcze nie znam, mam jednak kilka podejrzeń.
#22
Idziesz do salonu, odsuwasz z balkonowego okna firanę i spoglądasz na mieszankę natury i architektury. Bezlistne drzewa zielenią się jemiołą, mokra, ciężka mgła przygniata peryferia osiedla do ziemi. Panuje chłodny zaduch. Patrzysz na to przez szybę. Firankę odsłoniłeś tylko do połowy szerokości okna i teraz ona dotyka twojego prawego policzka. Gładzisz dłonią sznurek, który służy do nią manipulowania. Zostawiasz firankę w tej pozycji, odwracasz się od okna i ruszasz przez salon do korytarza. Tam pali się światło. Wiszące na pokrytej tapetą ścianie lustro pokazuje tobie ciebie. Patrzyłeś na tego ciebie już chwilę wcześniej, ale narzucające się nie-do-pojęcie jednocześnie cię do lustra przyciąga i od niego odpycha. Widzisz swoją podłużną twarz, która jest znaną ci twarzą, ale wyciśnięte są na niej zmiany, a zmiany te, jesteś pewien, mógł spowodować tylko czas. Czas, którego upływu nie byłeś świadom. Zadajesz sobie teraz w głowie trud zapytywania o to, jak to możliwe, że zupełnie niezauważenie opłynął cię Wielki Czas.
#23
Słucham jazzu i oglądam czarno biały obraz z kamer. Swoje ansy do bliźnich zraszam mgiełką czarnych myśli. Sąsiad porusza się po nocy, a ja śledzę jego ruchy. Wszyscy tu obserwujemy się bacznie. Należy przecież strzec obyczajów.
#24
Spływająca sośnim pniem deszczowa woda barwi go na brąz z pogranicza czerni, a mi trzęsą się ręce. Wspieram się o pień. Jest mdło i parno, pień jest chłodny, rześki. Żałuję swoich wyborów, choć nie mogłem dokonać innych. A ten moment jest czymś z Nieteraz, wyrwanym poza nawias Wielkiego Czasu. Znaczy to, że albo jeszcze nie nadszedł, albo dawno już przeszedł obok mnie, albo, tak, jest trzecia możliwość, nie było go i nie będzie, a tylko abstrahuje on gdzieś w niewydarzonej rzeczywistości jako groźba lub boskie napomnienie. Korkuję modły w butelki i wrzucam w ocean, by prawdą było to ostatnie.
#25
Widzę siebie, jak wchodzę na szczyt wzgórza, a pode mną stoi tłum zwróconych w tę samą stronę, co ja, ludzi. Próbuję zrozumieć, na co patrzy tłum, i oto na przeciwległym wzgórzu widzę ogromne, niepłaskie lustro. W lustrze także widzę tłum, rozumiem więc, że tłum widzi w lustrze mnie. Rozumiem też, że nie tylko ja jestem w lustrze, ale i lustro jest we mnie, a także tłum jest we mnie. Każdy z członków tłumu skanduje inne życzenie, każdy co pewien czas z nabożną czcią wymawia moje imię. Oto jest Wielka Potworność.
Pogłos:
“(…) a kiedy nie maluję, często siedzę godzinami i patrzę przed siebie pustym wzrokiem w nicość, tak, potrafię przez długi czas siedzieć i tylko patrzeć w pustą nicość, i jest chyba trochę tak, jakby z tej pustej nicości mogło coś przyjść, jakby z tej nicości mogło wyłonić się coś rzeczywistego, coś, co wiele mówi, a to, co zostaje powiedziane, może stać się obrazem, ale potrafię też tylko siedzieć i patrzeć przed siebie pustym wzrokiem, i być kompletnie pusty, zupełnie nieruchomy i wyciszony, i właśnie tę pustą ciszę zwykle nazywam swoją najprawdziwszą modlitwą, tak, wtedy Bóg jest najbliżej, bo to w ciszy można usłyszeć Boga” (Jon Fosse, Drugie imię). Lubię trzask iskrownika i furkot błękitnych piór gazu. Przy herbacie mam myśli, a przy kawie wspomnienia. Wikła się świat w śmiertelne zagadki, lecz księżyc tak samo spełnia sny.
Café Dziejba #4 może wybrzmieć lub nie wybrzmieć 1 kwietnia 2024. Zależnie, czy rozbudzą się na dobre śpiące we mgle nocne byty.
Zapraszam ponownie do zapoznania się z publikacją TY.TU.Ł – Literacka Wataha, w której drugim numerze znalazło się kilka moich krótkich tekstów, a coś kolejnego pojawi się i w trzecim.
Dziękuję za czytanie.
N.