2. Czyn współtwórczy

Przedtakt:

Utkwiło mu w pamięci pytanie o sens, ale umknęła jego melodia. W chwilach grząskich wądołów pamiętał, że dostał od ojca topór, a od matki viaticum. Od Boga słowo, a od życia trochę czasów i pokaz fajerwerków. Z tą świadomością gotował wodę na kawę, zalany wokół mchem, pomniejszony skalą okolicznych tundr.

Café Dziejba usypiało w tym miesiącu swoich gości następującymi albumami:

The Necks - Sex

Linus Alberg - Kalaido

Hania Rani - Ghosts

Dziejba

#1

Być może Jan Kastor nie spodziewał się w tamtym momencie życia niczego konkretnego, być może on cały wcale nie miał żadnego kształtu. Nie tyle był w świecie, co ulatniał się weń. To poczucie połączone było nierozerwalnie z wrażeniem wyczerpywania się czegoś, ale nie czegoś, co się specjalnie lubi ani ceni. Może było mu nawet obojętne czy i kiedy skończony zasób przestanie dać się definiować przez swoją zamkniętość w formie. Zasób będzie wtedy w pełni znów energią-budulcem, który przybiera kształt zdarzeń, lepiony szorstką dłonią czasu. Jan Kastor, to co zostało z Jana Kastora, nie tak wyobrażał sobie wnętrze maszyny świata. Dla niego maszyna świata była nieudanym projektem Rube’a Goldberga, kryjącym pod olbrzymią złożonością ruchów fakt, że wynikiem ostatecznym jest zawsze zupełny, absurdalny Bezsens. Bezsens - majuskułą.

#2

Kolory książek są ważne dla myśli o ich smaku. Odgłos samochodów za nieszczelnym oknem brzmi jak szafa grająca. Proste obserwacje kładziemy impastem na pamięć (na pamięci?), po to by później móc dotknąć (zobaczyć i dotknąć?). To nietrudno zrozumieć, że nasze życia są falochronami. Bo chodzi tutaj o co? Fale zdarzeń - albo mniej patosu: fale cisnących się na usta co-dzień-czyn-ności tracą impet nim dotrą do plaży. Plaży czego? To dotąd nonsens, czyli naczelny Atanat. Więc jeszcze raz. Kolory książek są ważne, bo lubimy oblec czarno-na-białe znaczenia w coś miłego. Gwiazdy są ważne, bo się boimy.

Po wtóre. Boimy się gwiazd. Boimy się gwiazd, bo za nimi jest już tylko Bóg albo Nic.

#3

Chciał wiedzieć w ilu kierunkach pada śnieg i naliczył ich dwadzieścia cztery. Konsternacją napełnił go jeden z płatków, który tuż przed jego oczami cofnął się i zatrzymał w powietrzu na jedną chwilę ustandaryzowaną. Mrugnął więc oczami i płatka już nie było, ale było wspomnienie i poczucie długiej z nim znajomości, długiego obcowania, może wspólnie przeżytego kawałka życia. Mógłby narysować ten płatek z pamięci i ograniczałaby go nie jej niedoskonałość a własne zdolności plastyczne. Płatek był puchaty jak mała owieczka, był w zasadzie konglomeracją płatków, konglomeracją o dwóch głównych członach skomunikowanych przewężeniem, był trójwymiarową wyspą śniegu na wyabstrahowanej poza grawitację kosmicznej przestrzeni za okienną szybą. I był czym jeszcze?


Café Dziejba rozdaje zainteresowanym gościom biuletyn informacyjny:


#4

Wysiadasz w końcu z autobusu. Chłód już tutaj jest. Był tu na długo przed tobą. Jest także krew i coś, co wygląda jak gruba nić, ale jest rozciągniętą na śniegu wnętrznością. Tutaj posprzątano, ale wrażenie niezwykłości pozostało. Bo śnieg jest brudny, brudny od krwi, zauważyłeś to już przed chwilą, ale dopiero teraz ta krew obraca ci się w głowie w krew faktyczną, krew czegoś, co musiało żyć, a co już z pewnością nie żyje. Bo przecież ta wnętrzność, ten flak na śniegu. Schylasz się po błyszczącą łuskę. Zaglądasz w czarne wnętrze. Odwracasz ją i czytasz opisane na okręgu napisy *RWS *i .308 WIN. Tutaj polowano. Polowano, a później posprzątano. Cieszysz się, że nie było cię tutaj wtedy. To naprawdę dobrze, myślisz, że nie było mnie tutaj wtedy. Mimo wszystko stoisz i patrzysz. Oglądasz miejsce zbrodni, bo to jest słusznie i zrozumiale ciekawe. Zbrodnia nie dzieje się na co dzień. Albo dzieje, myślisz, ale nie w wystarczającym pobliżu, by szło później podnieść łuskę z brudnego śniegu. Chyba, świta ci myśl, chyba że to nie żadna zbrodnia. Może to kontrolowany odstrzał, myślisz. Kontrolowany odstrzał, tak, ale odstrzał czego? Podrzucasz zimną łuskę w dłoni raz i drugi.

#5

Toczę się po pochyłości górskiego zbocza. Nie powoduję lawin, nie przyciągam spojrzeń. W pędzie na pniach drzew ryję tajemnicze nawet dla mnie znaki. By nie gubić drogi upuszczam otoczaki, czarne i lśniące od wyrzutów sumienia. Wygładził je wartki nurt moich zmartwień. Miał na to dekady. Kruki i wrony odnoszą mi je, gdy próbuję spać. Gdy próbuje spać, moje sny wirują i skręcają się w cyklony koszmarów. Oczy cyklonów łypią w gwiazdy. Ja łypię przez nie. Nie znający końca obrót czyni mnie naturalnym satelitą ludzkich spraw. Odbijam cudze światło, cudzy uśmiech, cudzy żart. Cudzy sens. Patrzę tępo w wielkie głębie. Patrzę bystro w banał. Udaję. Że wiem o co toczy się codzienność. Śpiew i świergot bawi mnie tym bardziej, im mniej wydaje mi się ludzki. Nadgarstek przykładam do wargi. Spoglądam na niego, by zobaczyć błękitny tatuaż. Na nim wypisana jest każda z moich win. Są tam także trzeźwiące jak ból błędy i trujące zaniechania. Litery złocą się dumnie, bo zdjęte zostały z nagrobków, z których płytami siłują się nadal moje ideały. Ja i one nosimy to samo nazwisko. Ale nie mam serca domykać grobowców. Toczę się po pochyłości ludzkiego życia. Nie przyciągam spojrzeń. Wrony i kruki, jak w baśni, przynoszą mi nocą otoczaki, którymi próbowałem znaczyć drogę do domu.

#6

Coś w jego głowie łaknęło kartki. Prawdziwej, papierowej kartki. Gdy więc później pisał, to wtedy coś, ce o eś, wiedziało już, jak się łamać, jak zdobić sobą przestrzeń i jak nie deptać granic. Ale musiało na kartce, nigdzie indziej. A on, dopiero patrząc na biel pod tuszem, pojął, że jego c-o-ś zrodziło się z niej właśnie, z bieli. Z tych zoranych pól, na których śnieg od zawietrznej modelował gładkie śródlądowe wydmy. A może to modelował wiatr, tak byłoby powiedzieć lepiej, myślał, a może śnieg był modelem, a może coś niewidzialnego było modelem, bo śnieg był przecież surowcem tylko. Ślepł, pamiętał to wyraźnie. Mrużył oczy, bo śliski od opon śnieg błyszczał, błyszczał i błyszczał, a dwa płaty puchu prawie szczelnie kryły pod sobą wszelką żyzną czerń pola. A jego oczy łaknęły wtedy tej czerni, tak jak później łaknęły kartki. Wiatr w oczach, biel w oczach i ból głowy. Z tego, myślał, porodzić się mogą co najwyżej blade borsuki. Blade, tak właśnie myślał, borsuki. Skąd wzięły mu się te borsuki, tego nie wiedział, ale zawsze z ogłupionej dmącymi wrażeniami głowy wykruczały mu się w błękit zwierzęce abstrakty. Lubił chyba po prostu ich brzmienie. Absurdy, nie abstrakty, w zasadzie, ale, w zasadzie, abstrakty także. Także. Bo czasem zdawało mu się, że on tak naprawdę wszystko myśli i żyje in abstracto. Że gdy coś się wywilcza księżycowym blaskiem w dziejbę bliższą jakkolwiek rozumianemu in concreto, to on zaraz zajęczy w tani popłoch abstrahowania. Wszystko to mniej z wychowania a bardziej z genów. Tak sobie mówił. I może było to prawdą.

#7

– Bardzo zbłądziłeś, Argonauto.

– Słucham? – pyta Jan Kastor.

Odsuwa krzesło, którego metalowe nogi trą o błyszczące płytki, siada. Siadając, kopie w nogę od stołu. Stół wydaje jedno piszczące warknięcie, a widelczyk do ciasta obraca się na pustym talerzyku jak wskazówka zegara. Robi brzęk, a nie tyk, co, choć w pełni zrozumiałe, dziwi przez chwilę Jana Kastora. Gwar w Café Dziejba wznosi się i opada podobnie do podmuchów wiatru. Chwilami zapada biblioteczna niemal cisza, w której goście pochylają się ku sobie, zwierzają szeptem z życiowych wyborów, biorą łyki napojów, kęsy przekąsek, delektują smakami w medytacyjnym skupieniu. Modlitewnie wznoszą oczy i błądzą nimi po co dystynktywniejszych elementach architektury wnętrza. Później, gdy widelczyk do ciasta wskaże czas, przychodzi moment łańcuchowej reakcji, w której głosy napędzają nawzajem swoje wznoszenie na coraz bliższe krzyku poziomy. Dyskusje nabierają żywiołowości, agresji, ginie niuans i zmysłowa kontemplacja, rodzi się ciężki przemysł wyrzucanych z tchawic bloków argumentów. Argumentów topornych, pospiesznych, potężnych.

– Zamów sobie coś do jedzenia – ignoruje pytanie siedzący naprzeciw Jana Kastora mężczyzna, wiodąc wzrokiem za zbliżającą się kelnerką – Ty jesteś literat? – pyta.

– Karta dla pana – mówi kelnerka, szczupła blondynka w fartuchu o kolorze mlecznej czekolady – zamówienia składamy przy barze. Mogę prosić pana godność?

– Kastor Jan – odpowiada machinalnie Jan Kastor.

Kelnerka uśmiech się słodko i odchodzi, szurając lakierkami o błyszczące płytki. Dlaczego Jan Kastor podał kelnerce swoje imię i nazwisko? Dlaczego o to zapytała? Gwar rozmów, którego fala wezbrała teraz znacznie, ogłusza jego zmysły, a zapach parujących kaw rozprasza wątpliwości. Jan Kastor przypomina sobie w końcu pytanie swojego nowego towarzysza, sam pyta więc:

– Literat?

– Tak mi się tylko zdawało – towarzysz macha ręką. – Henryk Wald – przedstawia się, ugina kark, mówi dalej: – Powiedz no, Janie Kastor, co poprowadziło cię do Dziejby?

Jan Kastor chwyta kartę, wydrukowaną na pojedynczym, zalaminowanym kawałku szarego kartonu. Patrzy na nią, ale nie czyta. Widzi krzywe odbicie siebie. Dwadzieścia miesięcy bez pracy przemieniło go w funkcjonującego katatonika, stara się więc nie przyglądać zbyt długo swojej nieprzyzwoicie zarośniętej twarzy i skupia wreszcie wzrok na treści karty. Odnajduje rubrykę „Gorące do picia”, a w niej pierwsza pozycja to „Czarna Dziejba”. Henryk Wald zapytał „co poprowadziło cię do Dziejby”, nie „sprowadziło” czy „sprowadza”, a to był, myśli Jan Kastor, bardzo dziwny dobór słów.

– Nie jestem pewien – odpowiada. – Co to jest, „Czarna Dziejba”? Nie ma ceny…

– A! – zakrzykuje ochryple Henryk Wald – Unieś dłoń.

– Po co?

– No unieś, Janie Kastor, nie bądź taki strachajło.

Jan Kastor unosi nieśmiało dłoń i ogląda za siebie.

#8

Biorę łyk kawy rozpuszczalnej, która smakuje płasko, kwaskawo, maślano-gorzkawo i pachnie suchym zbożem. Siorbię, choć kawa jest zimna. Rozpuszczając wzrok w powietrzu przykładam na moment uwagę, jak suwmiarkę, do finiszu napoju. Wydaje mi się wtedy, że właśnie taki smak miałaby bezalkoholowa szkocka. Poniechawszy tę myśl sięgam po tanią lornetkę i przez jej ślepia wyglądam przez okno. Wagony pociągów towarowych mają w sobie nieuchwytne piękno. Tak?, i w czym ono tkwi?, zapytuje mnie z ironią nieboskłon. Nieboskłon jest dziś cyniczny, mdły i oprószony wróblami jak suchymi liśćmi. Historyczność, bezwzględność i Chłód, mówię. Militarna powaga i doniosłość misji. Kolor blachy jak z obrazów Vermeera. Graffiti na blasze jak na murach w Rzymie za Nerona. Tania lornetka opatruje świat winietą i trzęsie tym światem tak, że bolą mnie źrenice. Ale nie mogę przecież nie patrzeć. Szczególnie na graffiti. Na te obłe, tłuste kształty, w których domyślam się liter. Pierwszy rysunek to turkusowo-lazurowy gradient wlany w czarny obrys. Precyzyjne, żywe i pogodne dzieło, niby naklejka “Dzielny pacjent!” na przestrzelonym wojskowym hełmie. Drugi rysunek mniej schludny, nabazgrany jakby trzymanym w pięści dziecka mokrym pastelem. Gruby graniasty kontur w kolorze fioletowym i zielone wypełnienie. Zieleń i fiolet toksyczne i żrące, ale na sposób bajkowy. Cud sztuki na starym taborze, więc i cud świata, który sam się komentuje. Odkładam lornetkę, bo moje źrenice mają już dość testów obciążeniowych na to popołudnie. Biorę znów łyk kawy i rozpuszczam spojrzenie.

#9

Znów szuranie lakierków, które kojarzy się Janowi Kastorowi z amerykańskimi filmami z lat osiemdziesiątych, a efekt ten potęguje fakt, że kelnerka niesie w dłoni dzbanek i kubek, i ma ona na sobie fartuch, ma te lakierki, ma czerwoną kokardę w spiętych w kok włosach, i duży uśmiech, i emanuje głęboką, metafizyczną radością życia. Stawia kubek na blacie i leje z dzbanka do kubka. Napój paruje jak wpadająca do oceanu lawa, bulgocze, wypełnia naczynie prawie po krawędź i zawirowuje kilkoma małymi bąbelkami powietrza, które utworzyły się na powierzchni. Bąbelki obracają się w kubku, napój ma kolor kawy z odrobiną mleka, a Henryk Wald mruga uspokajająco do Jana Kastora, a muzak na chwilę przymilka, po czym podejmuje na nowo, a Jan Kastor spogląda na kelnerkę.

– Co to takiego? – pyta.

– Kawa czarna, lekko zabielona – uśmiecha się tamta i z teatralną dumą dodaje: –  Czarna Dziejba jest dla naszych gości zupełnie darmowa. Jeśli zamarzy się panu dolewka – tu wyciąga dłoń i całą rękę wysoko w górę – proszę tylko unieść dłoń w ten sposób.

– Dziękujemy – przymilnie świergocze Henryk Wald – ślicznie dziś wyglądasz, Simone.

– Ależ z pana aparat, panie Henryku – chichocze Simone i odchodzi.

Jan Kastor spogląda za nią w lekkim zdumieniu, bo lekko go wszystko zdumiewa, i wyciąga dłoń po kubek.

– Tylko ostrożnie – Henryk Wald pochyla się i konfidencjonalnym tonem przestrzega: – to uzależnia.

Jan Kastor wstrzymuje dłoń w pół ruchu, a jego towarzysz prostuje się i zanosi rubasznym, głębokim śmiechem, klepiąc dłonią we własne kolano. Wprawia to Jana Kastora w niespokojną konsternację, która jednak nie otrząsa go w pełni z katatonii. Chwyta więc ostatecznie kubek z napojem, chwyta go za duże, chłodne ucho, przyciąga do ust i siorbie przeciągle, patrząc cały czas na Henryka Walda. Ten kiwa z uznaniem głową i mówi:

– Witaj w Café Dziejba, Janie Kastor. Witaj w Café Dziejba.

Dziejba była ostatnimi czasy literacko żywa. Znaleziona przez gawiedź na stoliku z książkami “Wyspa” Aldousa Huxleya wzbudziła powszechne zainteresowanie. Piano nad niejasnym statusem realnościowym plecionych w książce propozycji, gryziono się o czysto literackie niedostatki autora. Do kawy rozdawano “Filozoficzny zwrot Martina Heideggera” (Jacek Surzyn), dyskutowano też “Niektóre problemy poetyki Bachtina” (Danuta Ulicka). Niepokojono się “Niepokojami amerykańskimi” (Jan Strzelecki), “Wilkami” (Adam Wajrak), potencjalnym “Małżeństwem Nieba i Piekła” (Blake), a wszystkim w uszach nadal brzmiało jedno pytanie - quo vadis, Domine?

#10

Obracasz w dłoni chłodną, gładką łuskę. Przyciskasz palec do otworu po pocisku i odejmujesz go. Przykładasz i odejmujesz. Otwór zostawia na twoim palcu okrągły ślad. Nie widzisz tego, bo rękę z łuską trzymasz w kieszeni kurtki. Drugą ręką wyłuskujesz klucze z kieszeni spodni. Chwilę później jesteś już na klatce. Twoje palce błądzą po krawędziach łuski jak niegdyś po obojczyku Twojej. Powietrze na klatce jest zastane i jest mętne, i jest jak woda w kałużach w ciepłe, parne dni. Lęgną się z niego myśli, które będą dokuczały ci w nocy. Będziesz wielokrotnie wstawał, zapalał światło i bez osiągania skutku próbował je zabić. To właśnie dzieje się teraz. Wstajesz, sięgasz po włącznik lampki, a pod wpływem eksplozji światła zaciskasz powieki. Siadasz na łóżku i długo, długo, długo bawisz się sięgniętą ze stolika łuską. Oswajasz się z nią powoli, uczysz jej kształtu i ciężaru. Spoglądasz na elektroniczny zegar. Piąta szesnaście. Postanawiasz się przejść, więc zakładasz byle jakie ubrania, byle jak opatulasz szyję szalem i szybem schodów spływasz chyłkiem w mrok. Chłód całuje twój policzek a Wicher jest novum, które niemal przypiera cię do drzwi klatki. Nie dajesz jednak za wygraną.

#11

Tuż przed wschodem niebo chwyciło różową dominantę na południowym zachodzie. Patrzyłem z balkonu na rozłożystą sosnę, której miotające się igły wskazywały wiatrowi kierunek. Sosna ledwie ukazała się na jaśniejącym niebie, a już przejęła kontrolę nad krajobrazem. Bo wszystko zdawało się w tamtym momencie być pod jej komendą i względem niej rozplanowane. I ta pustka błoni, i dymiące lufy fabryki robotów na horyzoncie, i bardziej na prawo wielka bestia z wielkiej płyty, wyglądająca jak wyciągnięte nad ziemię wyrobisko jakiegoś niezbyt cennego metalu, i to wszystko spłukane wiatrem i deszczem. Bo śnieg był tego stycznia jedynie przygodą.

#12

Siejba. Garść diamentów, upuszczona w któryś z kraciastych wizjerów rzek historii. Rzeki historii płyną pod ziemią, rzeki historii to rzeki nieczystości. Cloaca Maxima świata to czas. Czas odprowadza wszystko, co się wydarza, odprowadza to wzrokiem, odprowadza ku Poza, ku poza zasięgiem nas i ku transcendencji, która jest w śmierci. Płynąłem niedorzeczami strachu. Wszystkie cieki mają jedno zlewisko. Zrozumiałem jednak, że żegluga jest o Niebo lepsza, gdy ciecz jest o chłopski rozum czystsza. Ale siejba, to: podniszczone dziecięce książeczki, pierwsze pokraczne wyrazy, śmieszność na zdjęciach, bazy pod krzewiem, prawdziwe konflikty w zabawkowych modelach, baliki, konkursy, dyplomy, astmy, ospy, zerwy, wstydy, braki, strach. Drogi ciemne, puste, leśne, ciemne, puste, leśne, piękne, puste, leśne. Oczy w czarnej matni. Dźwięk rotorów maszyn, który łupał w czaszce i nie dawał spać. Lecz…

Kośba. Kośba jest o tyle lepsza, gdy zebrałeś własne wnioski z kory drzew. Boże Tchnienie dmie bez względu na ludzi, jednak trafić na nie, to mieć w końcu czym oddychać. Pojmiesz dopiero, gdy raz już tam będziesz. Nauczyłem się chodzić wcześnie, ale późno poznałem, jak używać płuc. Mieć życie, to nie tylko mieć wyraz.

#13

W punkcie kulminacyjnym była łyżeczka do herbaty i orgazmiczne tempo, dlatego nie mogłeś nagle pochylić się nad żadnym z wejrzeń w koszmary. Wejrzenie w ciebie ozwało się krzykiem jakby z głębi ‘tchłani. Zdławił sam siebie zaśpiew kruków nad czarnymi, ciężkimi jak po-brzęk elektrycznej gitary chmurami. Nagła cisza zapadła na was wszystkich. W niej popatrzyliście po sobie ze wstydem, tak jakby nagim dzieciom objawiło się dorosłe obrzydzenie ludzkim ciałem. Ten, który twierdził, że obnażył się przed nim Wohu Manah, przysiadł na kamieniu i ujął głowę w ramiona. Trzymał ją tak tak długo, aż w końcu zapłakał. Na krawędzi przepaści balansowało skrwawione może truchło, może jeszcze człowiek. Cała wasza zbrodnicza ferajna wiedziała mniej co począć, niż spłoszone obłoki u góry. Dalekie uderzenia sumienia były jak bitwa, z której tylko czekać, aż nadbiegną bladzi gońcy. Co powiedzą wam i co wy im powiecie? Że popełniliście co i w imię czego? Zepchnąć więc już lepiej niż dać konać na krawędzi. Tam serce gra ostatnie crescendo. Rozpędza się aż po wygładzenie zmartwień. Teraz już tylko śmierć albo miłość.

#14

Bezczynność, bezecność i końcówki koszmarów. Wszędzie tam jakieś oderwanie od wagi tego, co się wydarza. Odrealnienie, w sensie nagłego zwątpienia w realność albo pogodzenia z takim niedoborem kontroli, który jest już nie do udźwignięcia. Dopiero wtedy jestem wolny, gdy już wiem, że nie umknę.

#15

Leżę i patrzę w sufit, a on jest do obłędu biały i pusty, szukam więc wzrokiem jakiejś ostoi. Znajduję czarną kropkę i lgnę do niej momentalnie. Zastanawiam się, czym jest ta kropka. Początkowo, wydawała mi się być po prostu brudem na suficie, jednak im dłużej patrzę, tym bardziej wątpię. Teraz zdaje mi się, że kropka unosi się w powietrzu, oderwana od powierzchni sufitu, ale nie, to nie kropka tylko opuszczony na pajęczynie pajączek. Tak, widzę to wyraźnie, porusza się przecież, buja lekko, ha!, widzę nawet jak przebiera nóżkami. Nie, nie, pomyłka, to nie pajączek a bardzo mały człowiek, który wspina się po linie, podciąga nogi i czepia tej liny kurczowo, w zasadzie teraz odpoczywa po prostu i obraca bezwładnie, tylko skąd on się tam wziął? Patrzę dalej i obraz jest coraz dziwniejszy, wokół kropki roją mi się fraktalne błyski i deformacje, a reszta świata szarzeje, blednie, ginie. Zamykam oczy, bo zaczęły łzawić i wstaję z łóżka. Z otwartymi ustami zbliżam się powoli do kropki i im bardziej się zbliżam, tym bardziej widzę, że nie jest ona człowiekiem, pająkiem ani kropką, a nawierconym w suficie otworem. Staję dokładnie pod otworem i wtedy nagle jego czerń zamienia się w migoczącą jasność, w błękit, tak jasny i czysty, że coś we mnie drga i miota się, i szarpie mną w stronę kuchni, gdzie parzę kawę i z nią w ręku wyglądam przez okno. Nad fabryką robotów unoszą się sztuczne brudne chmury.

Pogłos

“Po konstrukcjach geometrycznych w brązowym agacie jego uwagę przyciągnęło perłowe tło. Znał jego nazwę: «ściana», ale w odbieranej rzeczywistości była to dziejąca się przemiana, seria ciągłych przeistoczeń tynku i bieli w materię ciała nadprzyrodzonego, w Ciało Boże, które, kiedy na nie patrzył, modulowało się nieustannie od świetności do świetności.” (Aldous Huxley, Wyspa). Wbity w ścianę gwóźdź tkwi tam tylko po to, by wzbudzać metafizyczne skojarzenia. Dzięki stojącej pod ścianą lampie gwóźdź rzuca długi cień i wygląda trochę jak zegar słoneczny. Wskazuje zawsze tę samą godzinę. To uspokaja coś w głębi człowieka.



Café Dziejba #3 może wybrzmieć lub nie wybrzmieć 1 marca 2024. Przyszłość zna tylko widelczyk do ciasta.

Zapraszam ponownie do zapoznania się z publikacją TY.TU.Ł – Literacka Wataha, w której drugim numerze znalazło się kilka moich krótkich tekstów.

Dziękuję za czytanie.

N.