1. Zaranie dziejby
Przedtakt
Twoja zbyt długa obecność w jednym miejscu wywołuje zbyt długą nieobecność w innym. A tamten człowiek powraca do rodzinnego miasta z jedną walizką i czymś mniej niż posiadał za dziecka. Śnieg przepada mimo spojrzeń. W ludziach coś, to przecież widzisz, wzrasta. Cicho syczy, kiedy taje w fałdach miasta, asfalt.
Muzyczne tło w Café Dziejba składało się tego miesiąca z ogrywanych do utraty sensu albumów:
Landhouse & Raddantze - Robots In Lilac Spaceships
Kelly Moran - Ultraviolet
Mind over MIDI - Subpolar
Dziejba
#1
Stoisz na rogu dwóch ulic, których nie znasz. Owinięty jesteś w kraciasty koc, a ciężkie płatki śniegu spadają na niego i do niego przywierają. Wyszedłeś z lokalu, którego już nie pamiętasz. Śnieg ciągnie do wełny, jakby był tą samą materią, co ona. To koc przyzwał śnieg, by ten załatał go, uszczelnił i wzmocnił. Taka jest twoja myśl, którą uważasz za głupią, ale prawdziwie głupie jest to, że tęsknisz za umiejętnością przyzwania czegoś, co załata ciebie. I uszczelni, i wzmocni. Słyszysz za plecami szczurzy pisk otwieranych drzwi. Słyszysz klikotrzask, gdy drzwi wracają na miejsce. Ale do lokalu nikt nie wszedł, nikt z niego nie wyszedł. Jest noc. Tam, gdzie ciemność topią latarnie, ona spływa na chodnik. Gdy już ruszysz się z miejsca, stawiaj kroki ostrożnie. Teraz - jesteś bez ruchu. Lub tak ci się tylko wydaje. Ciemność albo śnieg topi się na tobie i spływa za kołnierz, dalej po karku, dalej jak zły duch spełza w dół kręgosłupa. Zaczynasz odczuwać prawdziwy Chłód.
#2
Złudzenia plemienne nie mają mocy pośród drzew, choć tam jawią się jako pierwsze prawdy. Można się do nich przytulić i odesłać w świat zastępczy. Patrz: Bacon, bezmiar, Bramini błądzący śród zżętego sacrumżyta.
#3
Jeden płatek byłby wszystkim, czego potrzeba światu, by pojąć, co wkrótce runie na głowę nam wszystkim. Ale śnieg bez oddechu wydarza się z nieba z cichym uporem, a każdy jego strzęp jest synonimią.
#4
Wrak człowieka, którego jedna z grodzi zachowała szczelność i dała schronienie duszy, by ta mogła jeszcze przez chwilę, w śmiesznej czapce kapitana obsuniętej na czoło, pochylać się nad mapą i bez celu uzupełnić dziennik o takie same opisy kolejnych przeciekających dni - to brzmi bardzo rozwlekle. Dlatego mówię o sobie po prostu: człowiek.
#5
Za dnia i słońca, gdy opad już się nigdy nie wydarzył, zmrożony błękit zespala w monolit plany oglądanego przez okno światobrazu. Słońce jest zimne na długo nim dotrze do ścian budynków, sosen i asfaltu, barwi je więc tylko prześwietlonym, rozcieńczonym ogniem. Ostre chmury grożą oberwaniem się, jak stelaże starych neonów, i zaryciem o dachy kamienic. Dźwięk kruszonej dachówki, sypiącej się na chodnik, zastąpi świergot wymarłych dawno wróbli. Wieczna zmarzlina betonu nigdy nie taje do końca. Jest to na równi oczywiste i przygnębiające. Jeszcze wiosną rynny pluć będą czerwoną glinką.
#6
Patrz:* speculum* to po łacinie lustro. Specum to jaskinia. Oba te słowa mają podobną etymologię, zahaczającą o praindoeuropejski pierwiastek spek (patrzeć).
#7
Przysypany lekkim śniegiem, w mocnym słońcu, w dużej ciszy, las ma więcej z lata niż jesieni. Puchate sikory zdają się to wiedzieć lepiej niż ja, bo ich podrygi nie mają nawet sensu. A moją pomyłką było założenie, że mogę znaleźć spełnienie w niedośćuczynieniu. Zdaje mi się nagle, że coś słyszę, więc rozglądam się wokół. Pytam sikory czy coś mówiła, a ona kręci łebkiem, jakby zirytowana, że musi się powtarzać. Nie da się na ludzi obrażać i jednoczesnie nimi nie przejmować, mówi, po czym dodaje: errare, errare. Pytam, co to znaczy. Ona na to, że mylić się nie jest rzeczą sikorzą. Po to masz duszę, by nią błądzić, objaśnia dalej, a po to dłonie, by nimi kleić porcelanę. Errare, errare, errare.
#8
Stare i nowe ulice krzyżują się, a na ich styku, jak dwa ideologemy, ścierają się ze sobą dwa kolory świateł ulicznych latarni. Z młodych, ledowych gardeł płynie ostra, biała krytyka pod adresem betonowych pni starego świata, jęczących żółtawym wyrzutem. Codzienny przechodzień czerpie jasność z tego, co akurat opadnie na niego w marszu, którego kierunek dyktują nie kolorowe sofizmaty, a tępa jak alkoholowe spojrzenie praktyczność.
#9
W Café Dziejba światło o kolorze brzoskwiniowego jogurtu rozpyla się wokół gości i skrapla na sprzączkach ich galanterii. Skapuje z kolczyków, tworzy na podłodze bezwymiarowe kałuże, koi samotność. Żaden z siedemnastu gości Café Dziejba nie siedzi tutaj krócej niż od [nieczytelne] lat. Do kawiarni wchodzi Jan Kastor.
Jan Kastor nie zauważył stojącego przed wejściem mężczyzny, a tamten nie zauważył jego. Minęli się jak pasażerowie dwóch pędzących w przeciwne strony żyć. A z Jana Kastora kapie na płytki topniejący śnieg. Jeden z gości próbuje dopatrzyć się w tym kapaniu jakiejś współrytmiczności z dobiegającym z głośnika muzakiem. Głośnik jest jeden na całą salę. Z rogu, spod sufitu, zza pajęczynki kurzu, improwizuje co wieczór inny repertuar. Żaden z gości nie wie, jaka siła stoi za tą dźwiękową improwizorycznością. Janowi Kastorowi zaczyna robić się potliwie. Patrzy na salę, słyszy jej gwar i czuje ciepło. Nie słyszy pojedynczych rozmów, choć jest świadom, że kilka par gałek ocznych celuje źrenicami prosto w niego. W stanie psychicznej detonacji, w jakim znajduje się obecnie Jan Kastor, jest mu to obojętne.
– Polecam zdjąć kurtkę – dobiega go głos gdzieś z rogu pomieszczenia, spod głośnika.
Głos jest chropowaty i gładki jednocześnie. Jan Kastor obraca głowę w lewo, widzi unoszącą się w powietrzu dłoń (reszta sylwetki jest dziwnie obła, w dziwnie gęstym cieniu) i myśli, że głos ma w sobie szelest kartkowanej pospiesznie gazety. Dłoń porusza się tak, jakby rzucała łagodne zaklęcie.
– Dziękuję – odpowiada Jan Kastor głosowi.
– Wieszaki są tam – (trochę inny, bardziej niedbały gest dłonią) – w korytarzu.
– Dziękuję – powtarza Jan Kastor.
– Dziękuję, dziękuję – przedrzeźnia głos – zanieś kurtkę i wróć, to porozmawiamy.
#10
Stoję na stacji Grzeszność Główny, na peronie ósmym, a zniekształcony, płynący z głośnika głos księdza wspomina o możliwym opóźnieniu w nadejściu końca świata. Nie wiem, jak się z tym czuję, bo przecież i tak co dnia na kolację jem ostatni posiłek skazańca i popijam czerwonym winem. Spacerując dla zabicia czasu, co robię w ramach rewanżu za jego mnie zabijanie, znajduję porzuconą walizkę. Na walizce widzę kolorowe naklejki z postaciami z mitologii Późnych Kapitalistów, którzy zamieszkiwali te ziemie przed nadejściem Wczesnych Postkognitywistów. Przyglądam się bliżej, przecieram dłonią podniszczoną, skórzaną powierzchnię. Spod opuszków wyczytuję wydrapane inicjały: J. K.
#11
Oderwałeś się od przededrzwia Café Dziejba i jak obłąkana monada w swoim kraciastym kocu suniesz przez sztil zatrzymanego w powietrzu śniegu. Myślisz, że skądś znasz twarz, którą masz teraz przed oczami, a która należała do człowieka, którego nigdy nie widziałeś. Mija cię trójka młodych ludzi. Biegną i śmieją się. Chyba nie są pijani. Są ubrani nie pod tę pogodę, biegną więc by się rozgrzać. Tak podejrzewasz, choć nie mówią w takim języku, który znasz. Stawiasz niedbałe kroki, podrzucasz w górę puch czubkami butów, patrzysz na ten podrzucany puch, kątem oka widzisz leżący w śniegu telefon w różowym etui. Jedna z latarni mruga, ale nie do ciebie. Przechodzisz tuż pod jej czasowo nieciągłym spojrzeniem. Młodzi ludzie oddalają się ulicą, ich głosy także, kamienice cierpią w mrozie. Zastanawiasz się, dlaczego nie podniosłeś leżącego w śniegu telefonu.
#12
No więc tak: do jogurtu naturalnego Strzałkowo sypię belgijską czekoladę, pistacje, ekologiczne rodzynki i garść gorzkiej prozy, pełnej żalu do świata. Mieszam całość w tym plastikowym kubeczku oblepioną fusami z kawy łyżeczką, a proza rozsypuje się i brudzi ceratę. Z kubeczka wypada też jeden rodzynek. Mrugam oczami, patrzę na leżący w prozie rodzynek, po czym dmucham mocno. Proza jest miałka jak mielony cynamon, więc rodzynek turla się po stole w zamieci prozy, co przestaje mnie bawić, gdy przypadkiem wciągam ją do płuc i wpadam w nagłą kontemplację swojego kontaktu z Bogiem. Bóg śmieje się ze mnie, ale i jego przestaje to bawić, gdy on także wciąga prozę do płuc. Krztusimy się oboje dłuższą chwilę, po której w milczeniu kończymy śniadanie. Siorbiemy głośno kawę, spoglądając nieśmiało po sobie. Tak mijają nam poranki.
#13
Niejasno zdajesz sobie sprawę z tego, że pod kocem jesteś nagi. Masz na sobie tylko ten koc i czarne trapery. Końce sznurówek traperów leżą w śniegu. Są nasiąknięte wodą. Pod obwieszonym dojrzałymi jabłkami drzewem leżysz w miękkiej trawie i konasz z głodu. Czym jest ta myśl? Skąd wzięła się w twojej głowie i czego dotyczy? Stoisz na przystanku wy-czekując swoją jaźń gdzieś poza siebie. Samym krzykiem tej jaźni powołujesz do życia niewielkie ognisko. Ono płonie teraz i podnosi nieco temperaturę przystankowej wiaty. Płonie na jej skraju, więc część dymu zawija się pod sklepieniem z pleksi. Ty za to próbujesz zawinąć się w koc mocniej i szczelniej. Kątem oka dostrzegasz w końcu bryłę autobusu. Nadciąga ona z ospałą obojętnością, podnosisz się więc z brudnej deski ławki, przestępujesz ognisko i stajesz tuż przy krawężniku. Uważnie wpatrujesz się w czoło bryły, bo chcesz dostrzec numer linii. Numer świeci się zielonymi cyframi, nie jesteś jednak w stanie ich odczytać. Widzisz ostro i wyraźnie, ale nie rozpoznajesz. Postanawiasz zaryzykować i wsiąść do autobusu. Unosisz dłoń, by mieć większą pewność, że kierowca się zlituje. Dłoń, wyciągnięta na moment spod koca, daje się od razu ukąsić Chłodowi. Syknięcie drzwi jest dla ciebie pociechą. Siedząc już na twardym siedzeniu popadasz w gnębliwe myśli. Dlaczego znów dosięgnął cię zaleczony przed laty oniryzm? Dlaczego nie podniosłeś leżącego w śniegu telefonu? Autobus to dobrotliwy, nocny robak albo życzliwe ludziom bóstwo. Zawiezie cię do domu lub w zupełnie inne miejsce. Na zaparowanej szybie kreślisz palcem mapę swoich zmartwień. Składa się ona z dwóch równoległych linii, które nigdy się nie przetną. Jesteś w autobusie sam jak gwiazdy, a mokrą końcówkę palca wycierasz w koc.
#14
Choć klientela, odwiedzająca Café Dziejba w latach [nieczytelne], nie stanowiła mieszaniny o odczynie światopoglądowo obojętnym, to jednak każdy nowy element przyjmował się tam łatwo i bez wywoływania reakcji obronnych. Jest to z pewnością ciekawe zjawisko z punktu widzenia socjologii, a okres ten w funkcjonowaniu placówki był dotąd, naszym zdaniem, niedostatecznie wnikliwie opracowywany.
Starsza kobieta, siedząca przy stoliku numer cztery, zaczytywała się kilka wieczorów z rzędu dwoma krótkimi powieściami Istvána Örkény’ego: Rodzina Totów oraz Gloria. O obu wyrażała się później aprobatycznie. Mężczyzna przy stoliku siódmym, za to, to mlaskał to klaskał nad Diuną Franka Herberta. Im dalej w strony, tym mniej mężczyzna klaskał.
#15
Dochodzenie w jakieś miejsce. W jakieś okolice, które, to jest polilogoria, kuszą, straszą, prze-rażają na wylot, przy-ciągają przez step duszy ku jakiemuś, majaczącemu w oddali, Shangri-La. Rozrywają wnętrze, ale nie zostawiają śladów. To człowiek sam dostarcza sobie rozerwania, bo od rozerwania szybciej, ale też z większym oporem, upływa mu absurd. Nie pomaga na to nic, bo ów człowiek, ten wielogłowy potwór (wielogłowy w znaczeniu: aporetyczna organizacja nie rozumiejących się nawzajem cząstek), połową siebie staje na krawędzi stepu i zapatrza tęsknię w przestrzeń, a połową unosi grudy torfu i naciera nimi głowę. Taki jest godny żałowania lub wyśmiania stan ludzkiej rzeczy. A przynajmniej: tak twierdził mnich, którego spotkałem na krawędzi stepu. Otrzepał on z moich włosów torf i kazał wstać z kolan. Polecił podążyć za swoim uśmiechem. Tak też zrobiłem, ale dokąd teraz idziemy, o to nie śmiem go pytać.
#16
Ze stanu egzystencjalnego wylęknienia wyrwał go dźwięk, jaki wydał dociśnięty do kartki długopis. To było tylko pojedyncze, niegłośne trzeszczenie plastiku, suche i krótkie, ale było namacalne i prawdziwe. Osadziło go swoim wybrzmieniem w rzeczywistości, na której konkretność stał się w ostatnim czasie ślepy. To nowe wrażenie było trochę euforyczne, a trochę przerażające. Było życiem.
#17
Słowo staje się bezciałem, gdy tylko eruptuje magmiczny ścisk wytopionych z rezyduum świadomości myśli. Bezpańska, zrodzona w huku efemeryda ma wtedy chwilę krótką jak trzepot skrzydeł gołębia na uczepienie się życia, które może dać jej papier, pamięć lub uśmiech.
#18
Grudniowy zmrok wchłania w siebie dzień, odbierając mu najpierw kolory, później kontrast, a na końcu oblicze. Jeszcze przed utratą oblicza dzień ma dla siebie srebrnografitową chwilę na przedśmiertną refleksję. Widzi zapalające się oczy pierwszych latarni i do niego należy wybór, czy się ich zląc. Obserwuje upadek swojego określenia. On i noc nie mieszają się ze sobą samoczynnie, a za to płyną na pewnym odcinku wspólnie, jak wody Amazonki i Rio Negro. W takie dni dobrze jest, gdy człowiek przespaceruje się wzdłuż tej mętnej granicy, by swoimi krokami ułatwić zespolenie się dwóch cieczy, nim zastygną w konkret przeżytej doby.
#19
My niedoskonali zaklinacze kształtów. My zwrotne sprzężenia. Umiera się nam tu wszystkim miło, więc o co ten raban? Zostawiamy na dzielącym nas szkle odciski palców. Szkło karmi się oddechami trzymanymi zbyt długo w płucach, o czym wiemy, ale co nie zmienia rytmu naszych niedotchnień ani o jeden wydech ratunkowy. Podrap w drzewo a ujrzysz głowę sowy, podrap w siebie a dusza nie wychyli ciała. Dzikość zdechła w porzuconych wnykach. Uwolni ją dopiero rozkład.
#20
Czym jestem jako człowiek? Albo: jak ze smaku sernika upleść smak życia, ze smaku życia zaś sens? Zaskakują mnie zwoje wypadków. Rozwijam je z niepokojem, bo nie wiem, czy jest to szpula drutu, za pośrednictwem której wysadzę kolejny most, czy manuskrypt trzymający opowieść o moich niewydarzonych czynach. Mężczyzna po pięćdziesiątce wchodzi do kawiarni, a jego głos brzmi królewsko i pięknie. Zamawia americano. Zapach orzechowo-marcepanowej zielonej herbaty jest obłędny, przez co mam na myśli, że wprowadza mnie do przedsionka obłędu. Próbuję brać dwa, trzy wdechy na jeden wydech, stać się nieprzerwanym wdechem chłonącym życie. To nas wszystkich dopada w tych czas-uśmiechach, które błyskają w pozachodnim lesie mijanym za szybą samochodu. Tak słodko jest rozbawić czas, ale tak duszno za jego uśmiechem zatęsknić. Przez las, za samochodem, biegną widma. Widzę tylko ich oczy, ale wiem, że każde z nich to jeden mój miniony dzień, każde z nich znajduje się więc w innym stadium zblednięcia. Ten sam poziom nienasycenia zachowują tylko oczy. Wzrok widm pyta mnie raz za razem: czy o to walczyliśmy? Śmierć wam, odpowiadam buńczucznie, a w następnej chwili to ja biegnę, blednę i błyskam wyrzutem spomiędzy drzew pamięci. Widmuję czas jako zapach. Bytuję w snach, myśląc o kwiatach.
Ęrsze
#1: (pod skalną półką)
pod skalną półką (klif, nawis,
plaża zdarzeń, fale wrą a morze
to jest napar z czasu, którego tak trudno
nie rozlać, nie rozlać, nie rozlać)
wciśnięci w odwieczną twardą niepewność
owiewani lękiem
i tak dalej
ciałami osłaniają ognik
nawzajem osłaniają siebie
szepczą:
bogi chcą by kraść im ogień
byle dobrze obejść
z nimi
#2: (na nas spójrz)
na nas spójrz
czasem gładzone otoczaki
nad nami ławice
(brnąć brodem brzuchy brzaskiem harmonia)
niebieskich łuski ciał
kier
tak kier brzdęk nam śpiewem chmur
i ptaki
a nasze kształty obłe kształty
w dale rzek
w dłonie
sumy śnią o słowach mórz
i przebacz
#3: (duch ciepły zbłądzony)
duch ciepły zbłądzony
zna purgi myśli tundry
i kraj mchu
i huk w uszach pustki
ale dąży
ale błyszczy
w oczach starych renów
rysuje im jak dziecko
na śniegu
kształty proste
mówi marakesze
mówi mango i uśmiech
mówi diuny wspomnień
nie mówi ale, mówi pełnia
nie mówi tylko, mówi tul
nie mówi wiele
uśmiecha
widzi cud
#4: (takie nowe)
takie nowe
strun dotknięcie
tak dawnych że obcych
śpiących odkąd nałożone na skrzydła po raz pierwszy
piór się-wśpiew w przestrzeń
i słońca wątków
albo
wiatru wschód znad lodu
takie nowe
mgła i uśmiech
żart i deszcze
także święte prawa wibrujące przez
powietrze
#5: (izolacyjna taśma)
izolacyjna taśma. jej zwoje, warstwy, sploty wątków w mętnych końcach które w trawach. pierwo-czątek który trwa w grach rozdwojonych dłoni i języków szept‑tających w środek siebie. krzyk w środek siebie, siebie środek w środek siebie. duch‑implozja. pusto‑szenie dusz do pusto‑stanu. w puste ściany wpuścisz: flauta. chylisz okna na brak‑przeciąg‑nięcie brzytew wbrew krwi marzeń bliskiej płaczu wsiąkłej w bezsen. zatańcz jednak chlupot kałuż tańcem błędnym, pięknym, morskim tak jak zwierząt których podąż lichym śladem. sercom od‑i‑ot‑twórz ciepło. człowiek to bóg‑błazen. lichym podąż, lichym podąż śladem.
Pogłos
*“Jako mała dziewczynka wierzyłam, że kościoły przetrwają do wieczności. Uczucie chłodu łączyło się z myślą o wieczności” *(István Örkény, Gloria). Chłód (wielkie C) chłodzi (jego istnienie jest bowiem jednotrybowe, zatem tożsame z chłodzeniem) nas stale. On chłodzi dzięki nam i chłodzi tylko w nas. On to napór. Znajdź Ciepło by dać odpór. Chłodu strzeż jak Ciepła. Staniesz się podporą, gdy stańczysz te dwa. Może uda się to kiedyś choć jednemu z nas.
**Café Dziejba #2 może wybrzmieć lub nie wybrzmieć 1 lutego 2024.**Projekt jest ledwie nasionem, które upadło na wahającą się jeszcze glebę.
Zapraszam do zapoznania się z publikacją TY.TU.Ł – Literacka Wataha, w której drugim numerze znalazło się kilka moich krótkich tekstów.
Dziękuję za czytanie.
N.